„Zdziwienie Tygodnia”

Stacja „Polskie Radio 24” wyemitowała audycję „Zdziwienie tygodnia: dlaczego na Ziemi jest coraz goręcej?”. Gość audycji, dr hab. Janusz Jarosławski z Zakładu Fizyki Atmosfery Instytutu Geofizyki PAN, specjalizujący się w pomiarach promieniowania UV, dopasował się do tytułu audycji, prezentując na antenie wypowiedzi o klimacie, które spowodowały, że faktycznie doświadczyliśmy „Zdziwienia tygodnia”.

„Eee tam, takie tam sobie ocieplenie…”

Na początku audycji prowadząca audycję pani Anna Piotrowska przytoczyła informację z dorocznego raportu o stanie klimatu, opublikowanego przez amerykańską Narodową Służbę Oceaniczną i Meteorologiczną (NOAA), mówiącą o tym, że 2017 rok był trzecim najcieplejszym w historii pomiarów rokiem na Ziemi, plasując się za latami 2016 i 2015.

Gdy zadała dr Jarosławskiemu pytanie, czy to dowodzi, że na Ziemi jest co raz cieplej, ten odpowiedział:

Nie wypada dyskutować z wynikami pomiarów (…), natomiast muszę powiedzieć, że osobiście pamiętam cieplejsze lata, które zdarzały się w czasie lat 90 w Polsce, np. 1992, 1994 rok. Wtedy temperatury w Warszawie i okolicach sięgały 37-38 stopni Celsjusza. Mamy serię bardzo ciepłych lat, ale zdarzały się lata cieplejsze i wcześniej.

Parafrazując, „nie wypada dyskutować z wynikami pomiarów, ale ja podyskutuję”. I w dodatku nie na temat. Zamiast odpowiedzieć na pytanie o ocieplenie klimatu globalnego, dr Jarosławski płynnie przeszedł do klimatu Polski. Tu także jednak nie skomentował wieloletnich trendów (w ostatnich dekadach ocieplenie klimatu jest w Polce bardzo wyraźne i szybsze od średniej światowej), zacytował za to anegdotyczne informacje o ciepłych dniach w wybranych latach (które, choć ciepłe na tle klimatu z minionych dekad, na tle ostatnich lat nie wypadają już tak imponująco). Zastosował też (później wielokrotnie powtórzoną) technikę bagatelizowania: „mamy serię bardzo ciepłych lat, ale zdarzały się lata cieplejsze i wcześniej”.

Owszem, w historii „zdarzały się lata cieplejsze”, ale może warto zauważyć, kiedy to było. Średnia globalna temperatura w dekadzie 2007–2016 przekraczała średnią z holocenu o ok. 1,2°C, a średnią temperaturę najcieplejszego stulecia holocenu o ponad 0,3°C (Marcisek i in., 2017). Oznacza to, że jest ona obecnie największa co najmniej od interglacjału eemskiego 125 tys. lat temu.

Rysunek 1. Anomalie średniej temperatury powierzchni Ziemi w okresie ubiegłych 22 000 lat względem okresu referencyjnego 1961–1990. Źródła: Shakun 2012 (linia zielona), Marcott 2013 (linia niebieska), HadCRUT4 (linia czerwona).

„Eee tam, gazy cieplarniane..?”

Dalej prowadząca audycję pani redaktor cytuje za raportem NOAA, że tak wiele dwutlenku węgla nie było w naszej atmosferze od ponad 800 tysięcy lat.

Rysunek 2. Zmiany atmosferycznej koncentracji CO2 w ostatnich 800 000 lat. „0” oznacza 1 rok n.e. Kolorami zaznaczono miejsce pochodzenia próbek, na podstawie których ustalano skład atmosfery. Wykresy dla innych gazów cieplarnianych oraz skal czasowych zamieściliśmy w artykule Zmiany stężeń CO2, CH4 i N2O w ostatnich 800 000 lat: antropocen na sterydach. Źródło EPA

W swoim komentarzu dr Jarosławski ponownie nie odnosi się do przedstawionych informacji, biorąc się za bagatelizowanie:

Gazy cieplarniane bez wątpienia mają wkład w rosnące temperatury, natomiast to, że robi się coraz goręcej, to jest ogólnie rzecz mówiąc wynik szeregu bardzo złożonych procesów, wśród których obecność gazów cieplarnianych jest jednym z czynników. Mówiąc o wynikach badań rdzeni lodowych trzeba pamiętać, że są też badania, które wskazują, że jeszcze dawniej poziom dwutlenku węgla w atmosferze bywał kilkukrotnie wyższy. Mowa tu o milionach lat wstecz, a wiemy to z badań typu geologicznego.

To stwierdzenia ogólnie prawdziwe, jednak by informacja była pełna, należy dodać, że zmiana koncentracji gazów cieplarnianych będąca skutkiem naszej działalności jest dominującą przyczyną obecnej zmiany klimatu. Gdyby nie nasze emisje gazów cieplarnianych, klimat Ziemi – zamiast odnotowywać kolejne rekordy temperatur – ochładzał by się.

Stwierdzenie, że „dawniej poziom dwutlenku węgla w atmosferze bywał kilkukrotnie wyższy” również wymaga uzupełnienia o informację, kiedy tak było.

Rysunek 3. Rekonstrukcja zmian koncentracji CO2 w atmosferze w ostatnich 400 mln lat. UWAGA: skala czasowa nie jest liniowa. Panele a–b) na podstawie różnych wskaźników klimatycznych (niebieskie kropki odpowiadają konkretnym pomiarom, a linia – dopasowanej do nich krzywej, czerwona wstęga pokazuje zakres, w którym faktyczny przebieg zmian temperatury mieści się z prawdopodobieństwem 68%, a wstęga różowa odpowiada prawdopodobieństwu 95%, panel c) rdzenie lodowe, panel d) rdzenie lodowe i obserwacje. Źródło Foster i in., 2017

W ostatnim stuleciu koncentracja CO2 wzrosła do poziomu najwyższego od kilku (a prawdopodobnie kilkunastu) milionów lat. Zaś „kilkukrotnie wyższe” koncentracje CO2 to przeszłość odległa o ponad 100 mln lat („czasy dinozaurów”), gdy klimat Ziemi był znacznie cieplejszy od nam znanego.

„Eee tam, wcale nie wiemy, jak to będzie…”

Dalej dr Jarosławski kontynuuje bagatelizowanie:

Machina opowieści o globalnym ociepleniu jest taka, że globalne ocieplenie jest wynikiem rewolucji przemysłowej i emisji z fabryk, samochodów i to wszystko stąd się bierze. Nie można tak na palcach pokazać, że jak tyle wyemitowaliśmy dwutlenku węgla, to o tyle zmieni się temperatura.

Abstrahując od języka „machiny opowieści o globalnym ociepleniu”, to choć „nie można na palcach pokazać, że jak tyle wyemitowaliśmy dwutlenku węgla, to o tyle zmieni się temperatura” to można to zrobić z użyciem bardziej zaawansowanych metod i narzędzi. Dzięki użyciu zarówno modeli, jak i bieżących obserwacji oraz analiz dawnych zmian klimatu (znanych z badań paleoklimatologicznych), jesteśmy w stanie oszacować zależności między emisją CO2 i temperaturą zarówno dla emisji umiarkowanych i bardzo dużych.

„Eee tam… Klimat zmieniał się zawsze…”

Kolejne zniekształcenie rzeczywistości w wykonaniu dr. Jarosławskiego to:

Klimat zmienia się w sposób naturalny, zawsze się zmieniał. Jak wrócimy do rdzeni lodowych, można przyjrzeć się wykresom jak zmieniały się stężenia CO2 i temperatura w tych setkach tysięcy lat i uderzającą cechą takich wykresów jest fakt, że zmiany są gwałtowne, szybkie i całkiem spore – o kilka stopni. Tak więc zmiany klimatu – ocieplenia i ochłodzenia – następują w sposób naturalny stale. W tym momencie mamy do czynienia z taką fazą, że robi się coraz cieplej.

Na czym to zniekształcenie polega, łatwo zauważyć dzięki ilustracjom powyżej. Widoczne na nich cykle epok lodowych są rezultatem niewielkich zmian orbity Ziemi, które już od tysięcy lat prowadziły nas w kierunku ochłodzenia klimatu. Wraz z rewolucją przemysłową ten trend został przerwany. Można wręcz powiedzieć, że „mamy do czynienia z taką fazą, że powinno robić się coraz zimniej – a robi się coraz cieplej” (patrz. Rys. 1). A jeśli spojrzenie w przeszłość na cykle epok lodowych czegoś nas uczy, to na pewno tego, że nawet niewielkie zmiany czynników wpływających na klimat, mogą prowadzić do olbrzymich zmian na naszej planecie.

„Eee tam… nic nie wiemy…”

Dalsza część audycji to już prawdziwy majstersztyk ze strony dr Jarosławskiego. Prowadząca audycję p. redaktor cytuje dwie prace naukowe, opublikowane ostatnio w Nature i PNAS.

Pierwsza praca (Lamberty i in., 2018) stwierdza, że ocieplanie się klimatu przyspiesza rozkład materii organicznej przez bakterie w glebie, prowadząc do nasilenia emisji CO2 z gleby do tego stopnia, że rośliny nie są w stanie nadążyć z jego pochłanianiem. Ten efekt znany jest od dawna i stanowi dodatnie sprzężenie zwrotne, które może nasilić zapoczątkowaną przez nas zmianę klimatu.

Druga praca (Ni i Groffman, 2018) wskazuje, że rosnąca w cieplejszym klimacie ilość opadów (to oczywista konsekwencja wzmożonego parowania w wysokiej temperaturze), wpływa na bakterie rozkładające w glebach metan. Autorzy badania, analizując prace z ostatnich kilkudziesięciu lat stwierdzili, że zmiany w intensywności wychwytu metanu z atmosfery sięgają aż kilkudziesięciu procent. W rezultacie w atmosferze pozostaje więcej metanu, a że jest to gaz cieplarniany, także ten proces wzmaga zapoczątkowaną przez nas zmianę klimatu.

Rysunek 4: Wieloletnia zmarzlina topniejąca w parku narodowym Noatak na Alasce. Zdjęcie zamieszczamy dzięki uprzejmości the National Park Service (licencja CC BY 2.0).

W miarę podnoszenia się temperatury włączają się różne sprzężenia zwrotne, wzmagające zainicjowane przez nas ocieplenie, takie jak zanik lodu morskiego i śniegu w Arktyce, tajanie wiecznej zmarzliny, zmiany zachowania chmur i in., które mogą doprowadzić do przekroczenia punktów krytycznych i szybkich i poważnych regionalnych, a nawet globalnych zmian klimatu (patrz m.in. Ziemskie progi bezpieczeństwa, Ziemia „stabilna” czy „cieplarniana”, Masowe wymieranie w oceanach - to już niedługo). To, że nasza wiedza odnośnie tych sprzężeń i punktów krytycznych w ziemskim systemie klimatycznym jest niepełna, wcale nie jest powodem do lekceważących wypowiedzi – raczej do wzmożonej ostrożności.

Jak podsumowuje prowadząca audycję Anna Piotrowska:

naturalne procesy zachodzące w glebie powodują, że jest więcej dwutlenku węgla i metanu. (…) Naturalny system ochrony przed przegrzaniem naszej planety przestaje działać.

A co ma do powiedzenia na ten temat dr Jarosławski?

To wskazuje, że tak naprawdę bardzo mało wiemy. Jeżeli ktoś odkrywa, że przeoczyliśmy jakiś bardzo istotny czynnik w bilansie produkcji i rozkładu CO2 w ekosystemie to znaczy, że nasza wiedza była niekompletna, a te scenariusze, które kreśliliśmy były obdarzone jakimś dużym błędem… Trzeba z pokorą się pochylić nad rzeczywistością i stwierdzić, że (…) ciągle jesteśmy na etapie badania co się dzieje. Naturalny czynnik – wpływ bakterii w glebie na produkcję CO2 może być istotny w ogólnym bilansie.

Co z tego dotrze do słuchacza? Mniej więcej: „nic nie wiemy, prognozy na przyszłość są nic niewarte, potrzeba więcej badań, a dominującą rolę w zmianie klimatu grają czynniki naturalne, a nie nasza działalność”. Jeśli celem dr Jarosławskiego było rozmycie zagrożenia i ograniczenie motywacji do podjęcia działań na rzecz ochrony klimatu, to wyszło mu to całkiem nieźle.

„Eee tam… działalność ludzi…”

Prowadząca program pani redaktor słusznie zadaje pytanie: „Czy my, ludzie, jesteśmy odpowiedzialni za sytuację wyjściową, to, że system się zachwiał?”

Właściwa odpowiedź to „zdecydowanie tak”, na co można podać bardzo długą listę bardzo mocnych dowodów naukowych. Tymczasem z ust dr Jarosławskiego słyszymy:

Jakaś część tego wzrostu wynika z naszej działalności, natomiast zmiany stężenia dwutlenku węgla i metanu i szybkie zmiany temperatury występowały również w czasach historycznych i prehistorycznych, kiedy nie było żadnego przemysłu i było bardzo mało ludzi. Być może dołożyliśmy swoją cegiełkę i naruszyliśmy trochę ten system, i tak dołożyliśmy się do naturalnych zmian.

To stwierdzenie jest po prostu nieprawdziwe. W czasach prehistorycznych zmiany tej skali owszem były, ale zachodziły one znacznie wolniej. A co więcej, były one związane z wielkimi wymieraniami. To, co robimy, to nie „cegiełka naruszająca trochę system i dokładająca się do naturalnych zmian”, ale raczej bomba atomowa, gwałtownie destabilizująca klimat w bezprecedensowym tempie i skali.

Dowód..? Owszem, ale na co zupełnie innego…

W dalszej części audycji usłyszeć można zdumiewające rozumowanie na temat dawnego klimatu Polski czy też umiarkowanych szerokości geograficznych:

Było znacznie cieplej. W wykopywanym w Polsce węglu są odciski roślin tropikalnych, co jest dowodem na to, że mieliśmy znacznie cieplejszy klimat w naszych szerokościach geograficznych miliony lat temu niż obecnie.

Nie, nie jest to „dowodem na to, że mieliśmy znacznie cieplejszy klimat w naszych szerokościach geograficznych miliony lat temu niż obecnie”. Złoża węgla w Polsce powstawały w okresie karbonu, 360-300 mln lat temu, kiedy kontynenty były w zupełnie innych miejscach niż obecnie, a tereny, na których obecnie leży nasz kraj, znajdowały się prawie na równiku. Jest to co najwyżej dowód na to, że wtedy w strefie równikowej było dość ciepło.

Rysunek 5: Ziemia w późnym karbonie. Źródło Paleoportal

„Eee tam… Wszystko jest naturalne…”

Na koniec audycji, po wysłuchaniu wielokrotnych wypowiedzi dr Jarosławskiego, w których dezawuuje on antropogeniczne przyczyny zachodzącej zmiany klimatu, prowadząca program redaktorka nie ma innego wyboru niż powiedzieć w podsumowaniu „być może te wszystkie zmiany, które zachodzą, to jest wynik naturalnych procesów…”

Dr Jarosławski wykorzystuje okazję, żeby wzmocnić swój przekaz, do tego na dwa sposoby. Oba… hm… interesujące.

Człowiek też jest częścią natury i patrząc z tej strony to są wszystko naturalne procesy…

Musimy przyznać, że zaskoczyło nas to rozumowanie. Zgodnie z nim podpalenie domu przez podpalacza to proces naturalny, bo człowiek jest częścią natury. Osoba z nożem w plecach też zeszła z tego świata „z przyczyn naturalnych”…

Są też takie teorie, że to, co robimy na Ziemi, jest tylko małą częścią tego, co sama natura produkuje, że wystarczy jeden wybuch dużego wulkanu i ilość dwutlenku może się skokowo zwiększyć. Nie chodzi tu o jakieś zwykłe wybuchy, ale wybuch jakiegoś bardzo dużego wulkanu – w historii się zdarzały takie wybuchy już, na przykład, na przykład Krakatau albo Toba (…) to było na początku XIX wieku. Spowodowało to ochłodzenie (…) i tzw. rok bez lata. [przyp. red.: tu dyskutanci pomylili nazwy wulkanów – rok bez lata w 1816 spowodowany był erupcją wulkanu Tambora w kwietniu 1815 r.; znacznie większy wybuch wulkanu Toba, który wyrzucił do atmosfery blisko 30-krotnie więcej pyłów, miał miejsce 74 tys. lata temu. Wybuch wulkanu na wyspie Krakatau miał miejsce w 1883 roku].

Użycie w dyskusji argumentu o emitujących mnóstwo CO2 wulkanach jest jednym z tych szczególnie absurdalnych i jawnie niezgodnych z wiedzą naukową mitów, które świadczą o szczególnym braku wiedzy wypowiadającej się osoby. Wulkany emitują kilka promili CO2 tego, ile emituje ludzkość ze spalania paliw kopalnych. Piszemy o tym m.in. w Mit: Wulkany emitują więcej dwutlenku węgla niż człowiek i Korzenie mitu „Wulkany emitują więcej CO2 od nas”. Nic dziwnego, że wybuchy nawet dużych wulkanów nie są widoczne w badaniach dawnych stężeń dwutlenku węgla. Dziwne natomiast że dyskutanci nie zorientowali się, że w rozumowaniu coś się nie zgadza, skoro po erupcjach następowało ochłodzenie, a nie ocieplenie klimatu... (co wyjaśniamy m.in. w tekście Wulkany odpowiedzialne za... wyjątkowo chłodne lata). Tak czy inaczej, jak praktycznie każda wypowiedź dr Jarosławskiego w audycji (nieważne na ile błędna merytorycznie), opowieść o wulkanach miała wyraźnie na celu zasugerowanie słuchaczom, że „to, co robimy na Ziemi, jest tylko małą częścią tego, co sama natura produkuje…”

Audycja „o przyczynach globalnego ocieplenia”. Serio?

Końcowe podsumowanie prowadzącej zabrzmiało dla nas dość komicznie:

Mówiliśmy o przyczynach globalnego ocieplenia…

Nie, nie o tym była audycja. Słuchacz, który chciałby dowiedzieć się o przyczynach globalnego ocieplenia nie pogłębiłby swojej wiedzy. Wręcz przeciwnie, zaserwowana została mu antywiedza, dezinformująca w kwestii przyczyn globalnego ocieplenia. Biorąc pod uwagę, jak pilne i ważne jest podjęcie działań na rzecz ochrony klimatu, słowo „rozczarowujące” jest skrajnym niedopowiedzeniem.

Wypowiedzi dr Jarosławskiego były dla nas „Zdziwieniem tygodnia”, a on sam został kolejnym kandydatem do Klimatycznej Bzdury Roku. Gratulacje!

Marcin Popkiewicz, konstulatcja merytoryczna: prof. Szymon P. Malinowski

Opublikowano: 2018-11-13 11:17
Tagi

klimatyczne bzdury

Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza akceptację polityki cookies.