Prof. Winiecki i „panikarstwo klimatyczne”, czyli centrum im. Adama Smitha znowu nadaje

Jak czytamy na stronie Project Syndicate,

Project Syndicate Polska publikuje komentarze najbardziej wpływowych światowych intelektualistów, ekonomistów, mężów stanu, naukowców i liderów biznesu.

Gdy więc opublikowano tu tekst Jana Winieckiego – profesora, ekonomisty, współzałożyciela fundacji Centrum im. A. Smitha – nie mogliśmy przejść obok niego obojętnie. Artykuł dotyczy bowiem nie tylko gospodarki, ale też zmiany klimatu. Niestety, profesor Winiecki propaguje w swoim tekście sporo mitów klimatycznych i na nich proponuje oprzeć gospodarcze plany na przyszłość.

Project Syndicate

97%

Profesor Winiecki rozpoczął swoją wypowiedź od krytyki powoływania się w dyskusjach o zmianie klimacie na naukowy konsensus w tej kwestii oraz przywoływania świadczących o tym konsensusie statystyk (97% artykułów naukowych z dziedziny klimatologii potwierdza tezę, że globalne ocieplenie zachodzi i jest spowodowane ludzką działalnością, czytaj więcej: Mit: Nauka nie jest zgodna w temacie globalnego ocieplenia). Profesor pisze:

Już w czasach nowożytnych, a na pewno od czasów Galileusza, ukształtowała się zasada, że dowodem na prawdziwość jakiegoś poglądu nie są przywoływane autorytety (pogląd 97 proc. uczonych czy ich artykuły), lecz dowody empiryczne.

sugerując tym samym, że nie wie, jak wygląda artykuł naukowy. Artykuł naukowy, przynajmniej artykuł z obszaru nauk matematyczno-przyrodniczych, ma to do siebie, że zawiera nie "poglądy", ale wyniki badań – obserwacji, analiz, obliczeń. To są właśnie dowody, których pan profesor się domaga. W przypadku zmiany klimatu są to wzajemnie spójne dowody uzyskiwane przez naukowców z całego świata, o różnych specjalnościach, wykorzystujących różne metody badawcze. Ponad 97% z nich wskazuje na ten sam wniosek.

Jeszcze silniejszy jest konsensus w gronie instytucji naukowych. Na świecie nie ma ani jednej liczącej się na arenie międzynarodowej instytucji zaangażowanej w badania klimatu, która twierdziłaby co innego niż to, że powodem ocieplenia klimatu są nasze emisje gazów cieplarnianych (głównie dwutlenku węgla ze spalania paliw kopalnych) i że nadmierne ocieplenie klimatu przyniesie poważne problemy.

Cytując przewrotnie słowa profesora Winieckiego "kto uważa, że jest odwrotnie, musi udowodnić, że [te] wyliczenia są fałszywe".

Autorytety?

Powoływanie się przez prof. Winieckiego na Horsta Luedeckego jako na autorytet w kwestii klimatu to słaby wybór. To nie klimatolog, lecz inżynier specjalizujący się w symulacjach komputerowych przepływów w instalacjach zakładów chemicznych. Jak stwierdził sam Luedecke:

Nie jestem specjalistą od klimatu. […] Mój krytycyzm bazuje na dobrze ugruntowanej i profesjonalnej wiedzy, ale nie jestem specjalistą wyznającym się na technicznych detalach fizyki klimatu.

To wyznanie nie przeszkodziło to Luedeckemu napisać książki, w której twierdzi, że za obecne ocieplenie odpowiada wzrost mocy Słońca w ostatnich stuleciach, co w obliczu spadającej od kilkudziesięciu lat aktywności słonecznej jest stwierdzeniem zupełnie oderwanym od rzeczywistości (Mit: Globalne ocieplenie jest powodowane wzrostem aktywności słonecznej).

Bjørn Lomborg – posiadający tytuł naukowy w obszarze nauk politycznych, a nie badania klimatu – to równie słaby wybór. Jego wypowiedzi w kwestiach klimatu są tak pełne błędów, że można by poświęcić im sążnisty artykuł. Może kiedyś to zrobimy, na razie można przeczytać o tym tutaj i tutaj. Poziom kompetencji naukowych Lomborga w obszarze klimatologii dobrze ilustruje jego wypowiedź z 2008 roku, jakoby wzrost poziomu morza nie był problemem, bo „przez ostatnie 2 lata poziom oceanów wcale nie wzrósł, a wręcz opadł”. To fascynujące stwierdzenie skomentowaliśmy tutaj.

Profesor Winiecki, powinien zdecydowanie bardziej sceptycznie podejść do ekspertów i źródeł, którymi uzasadnia swoje wypowiedzi w temacie zmiany klimatu.

Przecież nie dzieje się nic niezwykłego!

W dalszej części felietonu prof. Winieckiego znajdujemy twierdzenia takie jak

nie ma naukowych dowodów, iż w ostatnich 150 latach można udowodnić występowanie zdarzeń i tendencji odmiennych od tych, które kształtowała natura przez poprzedzające stulecia i tysiąclecia

oraz

mamy do czynienia z globalnym ociepleniem, tyle że zdominowanym tak jak przez poprzednie setki, tysiące i miliony lat przez siły natury, te ziemskie i te płynące z kosmosu.

Oniemieliśmy z wrażenia. Twierdzenia te stoją w opozycji do powszechnie znanych wyników badań naukowych. W ciągu setek tysięcy lat cykli epok lodowcowych koncentracja dwutlenku węgla w atmosferze oscylowała w zakresie 180-300 ppm. Obecna koncentracja jest bliska 400 ppm i rośnie wyjątkowo szybko, w tempie 2 ppm rocznie.

Rysunek 1. Zmiany stężenia CO2 w atmosferze w ostatnich 800 tys. lat. Dane do 1958 r. rdzenie lodowe, dane od 1958 roku Mauna Loa. (Scripps UCSD).

Badania pokazują, że tak dużej ilości dwutlenku węgla jak obecnie nie było w atmosferze od kilku, a może nawet kilkunastu milionów lat. Nie dzieje się nic nietypowego, tak?

Wiemy też, że ten dodatkowy dwutlenek węgla pochodzi ze spalania paliw kopalnych. Paliwa kopalne (węgiel, ropa, gaz) powstały z roślin (które preferują izotop węgla 12C), przez co w węglu, ropie i gazie jest proporcjonalnie więcej 12C względem 13C niż w materii nieożywionej (co można zresztą łatwo zmierzyć). Spalając paliwa kopalne, wyrzucamy do atmosfery uwięziony w nich węgiel. Co zatem widzimy?

Rysunek 2. Względna koncentracja węgla 13C w stosunku do 12C. Na podstawie Böhm 2002, CDIAC.

Widzimy, że w drugiej połowie XIX wieku coś się stało: zawartość węgla 12C w atmosferze zaczęła coraz szybciej rosnąć (co przekłada się na spadek względnej zawartości 13C), pozostając w pełnej zgodności ilościowej z naszymi emisjami i działaniem cyklu węglowego. W ciągu zaledwie 200 lat, które upłynęły od początku epoki przemysłowej, względna zawartość 13C spadła do poziomu nie spotykanego w setkach tysięcy lat cykli epok lodowcowych (Böhm 2002).

Możemy też przyjrzeć się ostatnim zmianom temperatury w kontekście zmian w historii. Wyniki badań osadów dennych w oceanach (m.in. Marcott 2013 [pełna wersja]), obejmujące cały Holocen (obecny ciepły okres międzylodowcowy), pokazują skalę obecnych zmian w kontekście zmian w ostatniego 11,5 tysiąca lat.

Rysunek 3. Zmiany temperatury powierzchni Ziemi w ostatnich 11,5 tys. lat. (Marcott 2013).

Na powolne zmiany temperatury będące skutkiem wymuszeń orbitalnych nakłada się gwałtowny wzrost temperatury w ostatnim stuleciu. Jak widać, jest to zjawiskiem bez precedensu w ostatnich 12 tys. lat (patrz Mit: Gwałtowny wzrost temperatur to efekt błędu w obliczeniach). Spadek średniej temperatury globalnej o około 0,7°C w ciągu poprzednich 7000 lat został odrobiony z nawiązką w ostatnim stuleciu – pomimo tego, że cykle orbitalne dalej działają w kierunku ochłodzenia.

Obserwujemy bezprecedensowy zanik lodu morskiego w Arktyce, znikają lodowce liczące dziesiątki tysięcy lat, oceany zakwaszają się w tempie nie mającym precedensu od dziesiątek milionów lat, lądolód Antarktydy przekracza próg za którym czeka go nieunikniony rozpad prowadzący do wzrostu poziomu oceanów o kilka metrów, Kalifornię i Syrię dotykają bezprecedensowe susze, a Amazonia wchodzi na drogę przemiany z lasu deszczowego w sawannę. Zaiste, tak jak stwierdza prof. Winiecki, nie dzieje się nic szczególnego.

Co więcej, znając (między innymi dzięki badaniom paleoklimatycznym) specyfikę działania potężnych sił natury, umiemy odseparować w analizach ich wpływ od wpływu człowieka (patrz Rysunek 4). Naturalne czynniki wpływające na klimat w ostatnich dekadach (aktywność słoneczna, prądy oceaniczne, wulkany, …) powodowałyby spadek średniej temperatury globalnej – a obserwujemy jej wzrost do rekordowych poziomów. Więcej na ten temat piszemy w tekstach Mit: Wzrost średnich temperatur na świecie wynika z przyczyn naturalnych, Mit: To naturalny cykl wzrostu i spadku temperatur.

Rysunek 4: Procentowy udział wpływu różnych zjawisk na wzrost temperatury powierzchni Ziemi obserwowany w ostatnich 100-150 lat, według: Tett i in. 2000 (T00, ciemny niebieski), Meehl i in. 2004 (M04, czerwony), Stone i in. 2007 (S07, zielony), Lean i Rind 2008 (LR08, fioletowy), Stott i in. 2010 (S10, szary), Huber i Knutti 2011 (HR11, jasny niebieski), Gillett i in. 2012 (G12, pomarańczowy).

To, że obecne ocieplenie jest powodowane przez nasze emisje gazów cieplarnianych potwierdza długa lista niezależnych obserwacji (Mit: Nie ma empirycznych dowodów na antropogeniczność globalnego ocieplenia).

Powrót do Średniowiecza

Serwowany przez siebie tort mitów klimatycznych profesor Winiecki wieńczy brawurowo wisienką ocieplenia obserwowanego w niektórych rejonach w czasie tzw. „średniowiecznego ocieplenia”. Brawurowo, bo w tekście znajdujemy bardzo konkretne przykłady badań – m.in. zasięgu występowania drzew w Skandynawii czy poziomu wód gruntowych w Polsce. Od natłoku przykładów czytelnikowi może zakręcić się w głowie i może nie zwrócić uwagi, że w rzeczywistości jest to garść tak zwanych wisienek wydłubanych skrzętnie z tortu danych. Współcześnie doskonale wiemy już, że ocieplenie w Średniowieczu było zjawiskiem regionalnym. Jeśli weźmiemy pod uwagę globalną średnią temperatury powierzchni Ziemi, okaże się, że było wtedy chłodniej niż dziś (patrz Rysunek 5, czytaj więcej: Mit: W Średniowieczu było cieplej niż dziś).

Rysunek 5: Różnica temperatur pomiędzy teraźniejszością (lata 1950-2000) a Średniowieczny Optimum Klimatycznym (lata 950-1250) na podstawie rekonstrukcji temperatury z danych pośrednich. Źródło: IPCC (2013), rozdział 10. Da się znaleźć miejsca, gdzie w Średniowieczu było cieplej niż w drugiej połowie XX wieku. Warto zauważyć, że obecnie średnia temperatura jest już o około 0,5C wyższa od średniej dla XX wieku.

Wbrew temu, co pisze w swoim felietonie prof. Winiecki, naukowcy zajmujący się klimatem bynajmniej do alarmistów nie należą – porównanie prognoz sprzed lat z tym, co się następnie wydarzyło, wyraźnie pokazuje, że środowisko naukowe 20-krotnie częściej niedoszacowuje tego, co nastąpi, niż przeszacowuje (czytaj więcej: Mit: Naukowcy z IPCC to alarmiści).

Wiedza na temat podstawowych mechanizmów stojących za zachodzącą obecnie zmianą klimatu jest dobrze ugruntowana i poparta licznymi dowodami (polecamy Historia naukowa fizyki klimatu, część 1: Ojcowie klimatologii fizycznej oraz Mit: Nie ma empirycznych dowodów na antropogeniczność globalnego ocieplenia). Przeciwne twierdzenia są zwykłą manipulacją i radzimy ich unikać. Po cóż podważać swoją wiarygodność?

Swoją wypowiedź profesor kończy stwierdzeniem o „finansowaniu ochrony klimatu w sposób nieoparty na dającym się obronić naukowym paradygmacie”, podsumowując, że „jest to nie tylko idiotyzm, ale działanie graniczące z kryminalną głupotą tych, którzy odpowiadają za to politycznie”.

Wnioski z badań naukowych wskazują jednak, że to brak ochrony klimatu doprowadzi do szeregu bardzo poważnych problemów (Mit: Globalne ocieplenie, nawet jeśli będzie, wcale nie będzie takie złe) a podjęcie działań jest pilne (Mit: Przeciwdziałanie zmianie klimatu to nic pilnego). Aż prosi się, by podsumować działania osób torpedujących ochronę klimatu słowami podsuniętymi przez profesora: „jest to nie tylko idiotyzm, ale działanie graniczące z kryminalną głupotą tych, którzy odpowiadają za to politycznie”.

Głos z przeszłości

Zwykle w naszych komentarzach ograniczamy się do zagadnień związanych z klimatem. Jednak podane przez profesora Winieckiego liczby o produkcji energii odnawialnej są na tyle odległe od rzeczywistości, że postanowiliśmy dopisać krótki fragment na ten temat.

Profesor stwierdza, że:

energia wiatrowa i słoneczna dostarczają globalnie zaledwie 0,3 proc. energii! A w najbardziej optymistycznym scenariuszu Międzynarodowa Agencja do spraw Energii zakłada wzrost udziału tych paliw do 2035 r. do 3,5 proc

W Przeglądzie statystycznym zasobów i zużycia energii British Petroleum 2015 możemy sprawdzić, że energia dostarczona w 2014 roku na świecie ze słońca to 42,1 mtoe, z wiatru 159,8 mtoe, a całkowite światowe zużycie energii to 12 928,4 mtoe. Oznacza to, że wiatr i słońce dostarczają globalnie 1,6% energii.

Nawet jeśli zauważymy, że BP przelicza energię dostarczaną przez turbiny wiatrowe i panele fotowoltaiczne na ekwiwalent energii paliw kopalnych, które trzeba by spalić, aby wytworzyć taką ilość prądu (BP w swoim zestawieniu przyjmuje sprawność elektrowni termicznych na 38%), co prowadziłoby do stwierdzenia, że wiatr i słońce dostarczają globalnie 0,7% energii, to i tak byłaby to wartość ponad dwukrotnie większa od tego, co przedstawia profesor Winiecki.

Nie posądzamy pana profesora o celową dezinformację, przypuszczamy po prostu, że jego stan wiedzy pozostał po prostu z tyłu za rzeczywistością i jego wypowiedź to zwykły „głos z przeszłości”. Nawet nas to nie dziwi, bo wzrost ilości energii wytwarzanej z wiatru i słońca jest bardzo szybki. Jak pokazuje Przegląd statystyczny zasobów i zużycia energii British Petroleum 2015, w ostatnich 5 latach średnie tempo wzrostu ilości energii wytwarzanej z wiatru rosło o ponad 20% rocznie, a ze słońca o blisko 60% rocznie. Łatwo pozostać z tyłu za rzeczywistością.

Profesor zdaje się uważać, że skoro odnawialne źródła energii były dawniej marginesem systemu energetycznego, to tak będzie zawsze. To zadziwiające stwierdzenie jak na naukowca – przecież cała historia postępu ludzkości to lista rozwoju technologii, które najpierw były na marginesie, a później się rozpowszechniały i wychodziły na prowadzenie.

Tu przejdźmy do stwierdzenia, że nawet w najbardziej optymistycznym scenariuszu Międzynarodowa Agencja do spraw Energii (MAE) nie widzi szczególnej przyszłości dla odnawialnych źródeł energii (OZE). Zacytujmy za samą MAE:

Słońce do 2050 roku może stać się największym źródłem elektryczności, wyprzedzając paliwa kopalne, wiatr, energię wodną i atomową

Dodajmy jeszcze, że przedstawiane przez MAE prognozy rozwoju OZE regularnie okazywały się zbyt niskie (np. tutaj i tutaj). Własne zestawienie można sobie zrobić np. na podstawie arkusza danych Przeglądu statystycznego zasobów i zużycia energii British Petroleum 2015.

Nasi zachodni sąsiedzi, Niemcy, przy podobnym klimacie i warunkach geograficznych w 2014 roku wyprodukowali z OZE (wiatr, słońce, biomasa, woda) 156,6 TWh prądu. Jeśli ta liczba niewiele ci mówi, to jest to tyle, ile wyprodukowały w 2014 roku wszystkie polskie elektrownie.

Można było kiedyś mówić, że plany Niemców, Duńczyków czy innych bogatych krajów planujących zrezygnować z tradycyjnych źródeł energii i przejść na OZE to fanaberie, ale jest to coraz wyraźniejszy trend ogólnoświatowy. Nawet uważane za największego truciciela Chiny, których energetyka bazuje głównie na węglu, prezentują (pochodzące od oficjalnych agend rządowych, a nie fundacji czy NGO) plany odchodzenia od paliw kopalnych i zastępowania ich OZE. Do połowy stulecia mają one osiągnąć nawet 86% udziału w miksie energetycznym Państwa Środka. W 2014 roku dały się odczuć pierwsze efekty tej polityki: emisja CO2 w Chinach spadła o 2%. Chińczycy nie robią tego jedynie z uwagi na ochronę powietrza, wód i klimatu (choć to także istotna motywacja ich działań), ale stwierdzają, że transformacja energetyczna od paliw kopalnych jest nieunikniona, a dziesiątki tysięcy miliardów dolarów, które zostaną na nią wydane na świecie, ktoś zarobi. Pekin chce mieć w tym torcie jak największy udział. A jaka przyszłość czeka nas? Czy chcemy nasz rozwój opierać na wiedzy, czy wolimy mity?

Marcin Popkiewicz, konsultacja merytoryczna: prof. Szymon Malinowski

Opublikowano: 2015-06-21 16:44
Tagi

globalne ocieplenie medialny temat

Fundacja UW
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza akceptację polityki cookies.