– Przyroda zawsze da sobie radę, bo nie z takich opresji wychodziła w historii naszej planety. Chodzi jednak o to, żeby ta przyroda była wartościowym elementem dla człowieka, żeby ludzie na jej zmianach nie tracili, nie cierpieli – mówi w wywiadzie dla Nauki o klimacie dr Mariusz Czop, profesor AGH i ekohydrolog. Jak przystosować się do nowych warunków klimatycznych i wodnych? Adaptacja do zmiany klimatu w Polsce.

Ilustracja 1: Dr Mariusz Czop, zdjęcie: Paulina Nowicka.

Szymon Bujalski: Pory roku w Polsce nie są już tak przewidywalne, jak kiedyś?

Mariusz Czop: Przez długi okres mieliśmy w Polsce stabilne warunki pogodowe. Można było mówić o czterech porach roku, które były bardzo ostro zarysowane. Widać to zresztą po nazwach miesięcy w języku polskim, które wiążą się ze zmianami, jakie zachodziły w przyrodzie – jak na przykład kwiecień, lipiec czy listopad. Rozróżnienie pór roku było więc ważnym elementem dla polskiego społeczeństwa.

Ale teraz ten czteropodział roku mamy zaburzony. Nie mamy zarysowanych różnic między sezonami. Od września do połowy maja możemy spodziewać się 7°C, jakiegoś przymrozku czy zachmurzenia, ale żadnej wyraźnie zauważalnej pory roku. Jednocześnie możemy też spodziewać się +20°C w grudniu, co pokazuje, że w różnych okresach roku mogą dziś występować temperatury dla danego okresu wcześniej w zasadzie niespotykane. Zamiast tego czteropodziału mamy więc długi okres podobnej pogody i nagle wyskakujące upały.

I to duży problem m.in. dla roślin, które nie mają wbudowanego żadnego komputera mówiącego im, kiedy mają rosnąć czy hibernować. Kiedy rośliny dostają nagle sygnał, że jest ciepło, zaczynają rosnąć. Wiemy jednocześnie, że przymrozki wiosenne są bardzo niekorzystne dla plonów, a teraz ryzyko wystąpienia takiego zjawiska jest bardzo duże. Jeśli przez kilka dni jest cieplej i rośliny zaczynają rosnąć, a potem pojawia się mróz, to może one je po prostu unicestwić. 

Ilustracja 2: Kwiaty gruszy zniszczone przymrozkiem. Zdjęcie: Rasbak (licencja CC BY-SA 3.0)

Rośliny powinny się do tego przystosować, bo nie są tak wrażliwe jak zwierzęta. Ale na pewno może to spowodować niepożądane zmiany w gospodarce, jak na przykład zaburzenie w plonowaniu i zbiorach w rolnictwie. To wszystko sprawia, że prowadzenie działalności rolniczej jest znacznie bardziej nieprzewidywalne niż kilka, kilkanaście lat temu. Kiedyś wszystko było jasne i stabilne, dziś nie jest.

Czy mimo wszystko rolnictwo może się na te nowe realia przygotować?

Na pewno jesteśmy w stanie zrobić coś, ale nie wszystko. Duży problem stanowi też to, że ciężko jest przekonać polityków do działań, zanim coś się wydarzy. Dlatego obawiam się, że zanim dojdziemy do rozwiązań, ludzie będą tracić majątki czy bankrutować, bo nie będzie wypracowanych rozwiązań. Będziemy uczyć się na błędach, i to zapewne nie szybko, tylko jak to zazwyczaj w Polsce bywa – wolno.

Niemniej jednak różne rozwiązania są gotowe już teraz. Wiadomo na przykład, że aby radzić sobie z silniejszymi wiatrami, warto sadzić śródpolne drzewa. Kiedyś taki pofalowany teren rolniczy z drzewami, wśród których człowiek mógł się schronić, był zresztą charakterystycznym widokiem. Ale potem okazywało się to dla rolników niekorzystne, bo sprawiało, że maszyna rolnicza nie da rady przejechać. Więc wszystko likwidowano, wycinano.

Ilustracja 3: Fragment krajobrazu rolniczego Europy Środkowej, z nielicznymi drzewami pośród pól uprawnych. Zdjęcie: A. Kardaś

Można powiedzieć, że 100 lat temu człowiek nie miał środków, którymi mógłby bardzo silnie przeobrażać swoje otoczenie, jeśli zaistnieje taka konieczność. Teraz te środki ma, ale nie przyrosło mu nic rozumu. Na przykład w Krakowie zasypano zbiornik wodny i zbudowano osiedle, które cały czas jest zatapiane. W rezultacie gdy pada deszcz, mieszkańcy powinni wyjeżdżać z garażu, by chronić swe auta. Garaż służy więc im w zasadzie do tego, by chronić samochody przed promieniami słonecznymi i mrozem. Zresztą podejście do roślinności w rolnictwie i miastach jest mocno zbliżone.

To znaczy?

Kiedyś w miastach też było dużo więcej drzew i terenów zielonych, ale zniknęły, bo z jakiegoś powodu przeszkadzały człowiekowi. Teraz na gruntach rolnych dominują zmechanizowane, monokulturowe uprawy, a w miastach – beton. A rośliny w miastach są bardzo potrzebne, bo stabilizują temperaturę, oczyszczają powietrze, hamują gwałtowne wiatry, ograniczają emisję hałasu i pełnią jeszcze wiele innych ważnych funkcji.

Rozwiązaniem jest więc dążenie do renaturacji zarówno krajobrazu przestrzeni rolniczej, jak i miejskiej. Jednym z podstawowych sposobów jest sadzenie drzew i krzewów, ale to długi proces, o którym należy pomyśleć z wyprzedzeniem, zanim jakieś negatywne zjawisko się wydarzy. Czyli drzewa do krajobrazu i do przestrzeni miejskiej trzeba wprowadzać już, jak najszybciej.

Wiele mówi się też o dużych zbiornikach retencyjnych, ale one nie są rozwiązaniem, bo kumulują duże ilości wody i wcale nie wiadomo, czy ta tafla tam się zachowa. Przecież duża powierzchnia wody powoduje duże parowanie. Może więc okazać się tak, że zostanie zbudowany zbiornik retencyjny, który zamiast zyskiwać wodę, będzie ją tracił, bo latem strata wody będzie ogromna. Na świecie są znane takie przypadki – choćby zbiornik powstały na Nilu w związku z budową Tamy Nasera, który traci wskutek parowania nawet do 3 mld m3 wody rocznie. Wody, której w dorzeczu Nilu dramatycznie brakuje. Dlatego o wiele lepszym rozwiązaniem są małe działania na poziomie miejscowości czy gminy. Budowa tysięcy małych zbiorników jest lepsza niż budowa jednego wielkiego zbiornika.

Ilustracja 4: Jezioro Nasera – sztuczny zbiornik na Nilu. Zdjęcie satelitarne zamieszczamy dzięki uprzejmości NASA oraz USGS.

Z wieloma rzeczami da się więc walczyć, ale działania w tym kierunku w końcu muszą być podejmowane. No i potrzebne są też mądre wskazówki dla ludzi.

Dlaczego?

Bo ludzie obecnie nie mają jasnego przekazu, który powinien wyłaniać się zarówno z przepisów prawa, jak i działalności edukacyjnej. Ludzie wiele słyszą o walce ze zmianami klimatu, ale powinno podpowiadać się im konkretne rzeczy, które mogą robić i które są w zasięgu ich możliwości. Zarówno w sensie zrozumienia, jak i podejmowania działania.

Chociażby we wspomnianym przed chwilą kontekście zbiorników wodnych niezwykle przydatne byłoby uświadamianie, jak ważne są nie tylko małe oczka wodne, ale również stawy i zalewy – i zachęcanie ludzi do tego, by je tworzyli. Warto też przy tym podkreślać, że wiele z tych zmian w rzeczywistości służyłoby poprawie komfortu życia ludzi w Polsce. Trudno jednak przekierować myślenie ludzi na takie tory, gdy decydenci wiele rzeczy deklarują, a bardzo niewiele realizują. W efekcie ochrona środowiska i klimatu staje się powoli pustym frazesem – wymienia się to, jako coś ważnego, ale tak naprawdę nie traktuje się tego poważnie. I to jest chyba najgorsze.

Wspomniał pan, że rośliny w miastach stabilizują temperatury czy hamują gwałtowne wiatry. Niezwykle ważną rolę pełnią też w kontekście wody.

W zasadzie wszędzie elementem kluczowym jest woda, bo woda to życie. Tam, gdzie będzie woda, tam będzie większa bioróżnorodność, tam będzie większy rozwój życia. A wodę z miast całkowicie wyrugowano. To znaczy z miast „nowoczesnych”. Kiedyś w miastach nie brakowało rzek czy rozlewisk, ale człowiek uznał, że ludzie potrzebują coraz więcej domów. Więc pstryk – rozlewiska znikły. I pojawił się problem, że domy są zatapiane.

Ilustracja 5: Rozlewisko rzeki Białej, Częstochowa. Zdjęcie: Przykuta (licencja CC BY-SA 3.0

Tak samo było z rzekami, które się rozlewały, tworzyły koryto, więc trzeba je było zasypać. Jest wiele takich miejsc w dużych miastach – Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Łodzi itd. – gdzie rzeki płyną w kanałach, są schowane pod ziemią. Właśnie po to, żeby nie przeszkadzały ludziom w zagospodarowaniu przestrzeni. A płynąca rzeka jest naturalnym korytarzem rozwoju roślinności i w ogóle życia biologicznego. Główne korytarze kluczowe dla rozwoju bioróżnorodności to są właśnie doliny rzeczne. Jeżeli takie rzeki czy wszelkie zbiorniki wodne stały się na terenach miejskich wrogami, to w efekcie ważny element życia wyprowadzono poza miasto.

I tak oto stworzono miasta bezwodne, które stają się w lecie gorącym i wręcz nieludzkim miejscem do życia.

Co więcej, miasta często korzystają z wód pitnych pochodzących z zewnątrz – w przypadku dużych miast to zazwyczaj ujęcia wód powierzchniowych, które są zlokalizowane poza ich obszarami. Na przykład Kraków korzysta z ujęcia wody w Dobczycach, położonego 40 km od miasta, a aglomeracja śląska korzysta z wód karpackich z Soły, z rejonu żywiecczyzny. 

Doprowadza to do podejścia, w którym wody występujące na obszarze miasta nie są uznawane za ważne. Powszechne jest traktowanie ich jako darmowy odbiornik ścieków, czyli po prostu śmietnisko, przez co wody te ulegają bardzo silnemu zanieczyszczeniu przez różne dziedziny działalności człowieka. 

Ilustracja 6: Zbiornik w Dobczycach, z lewej strony widoczny zakład uzdatniania wody Raba. Zdjęcie: Krzysztof Cabak (licencja CC BY-SA 3.0

W rezultacie kończymy z paradoksem – miejscowym decydentom i większości społeczności nie zależy na utrzymaniu własnej wody w dobrej jakości, bo mają ją – jak wspomniałem – z zewnątrz. Często nawet nie mają świadomości w zakresie cennych zasobów wodnych występujących tuż pod ich stopami.

Daje do myślenia…

I jest to tendencja, którą wyraźnie można zaobserwować w naukach wodnych. Jeśli jakaś społeczność korzysta z wód spod swojego „domu”, to chętniej je chroni, bo wie, że nie może sobie pozwolić na zanieczyszczenie ujęć wody. Natomiast jeżeli korzysta z wód z zewnątrz, to traktuje środowisko wodne jako niepotrzebny element: zabudowuje rzeki, zanieczyszcza wody podziemne, nie dba o nie, nie chroni. Doprowadza to do bardzo silnej degradacji środowiska wodnego w obszarach miejskich.

Natomiast są doświadczenia  przeciwne. Dawno temu w Seulu woda z rzeki zalewała miasto, więc uznano, że trzeba ją zlikwidować. Rzekę przeprowadzono bajpasem poza miastem, a w starym korycie zbudowano autostradę. Ale zdano sobie sprawę, że to był błąd. W latach 90. zburzono więc autostradę i przywrócono rzekę. I okazało się, że temperatura powietrza spadła od 3 do 6°C, bioróżnorodność wzrosła o kilkaset procent, a do tego wzrosły ceny nieruchomości – bo każdy przecież woli mieszkać przy rzece niż przy ruchliwej autostradzie. Ten przykład pokazuje, że woda w przestrzeni miejskiej jest bardzo ważna, ale przekonanie o tym miejskich włodarzy jest bardzo trudne.

Ilustracja 7: Rzeka Cheonggyecheon w Seulu Zdjęcie: Francisco Anzola (licencja CC BY 2.0).

Dobrym przykładem jest tu Kraków, w którym od wielu lat walczy się o renaturację. Niestety ciągle jeszcze powszechnie zabudowuje się rzekę tak, że budynki mieszkalne znajdują się tuż przy jej korycie. Nie ma się zatem co dziwić, że po nawet małych opadach, gdy wszyscy odprowadzają do rzeki wody deszczowe z zabetonowanych i uszczelnionych powierzchni, to powstają powodzie błyskawicznie. To bardzo smutne, ale nasi planiści i włodarze czasami działają tak bardzo przeciw naturze, że ciężko żyć dalej w danym miejscu. Przestrzeń miejska staje się zdehumanizowana, bo nie zapominajmy, że człowiek wyrasta wprost z natury i najlepiej mu się żyje w naturalnym środowisku.

A przyroda jako ogół jakoś sobie poradzi. Pytanie, jak w tym zmienionym nie tylko przez zmianę klimatu świecie poradzi sobie człowiek.

Dokładnie. Nieprzewidywalność czy też występowanie obok siebie takich zjawisk: jak +15 i -15°C to duże utrudnienie dla prowadzenia jakiejkolwiek gospodarki. Przyroda zawsze da sobie radę, bo nie z takich opresji wychodziła w historii naszej planety. Chodzi jednak o to, żeby ta przyroda była wartościowym elementem dla człowieka, żeby ludzie na jej zmianach nie tracili, nie cierpieli.

 Należy zrozumieć, że niekorzystne i antyludzkie warunki środowiskowe, jakie sami tworzymy, odbiją się także na ludziach, którzy poniosą nieuchronne i dotkliwe konsekwencje. Rośliny i zwierzęta poradzą sobie bez człowieka bez problemu, najwięcej na zmianach klimatycznych traci gatunek ludzki, bo jest nas dużo i żyjemy we wszystkich strefach klimatycznych. Jeśli nawet tylko jedna strefa klimatyczna bardzo ucierpi, to mieszkający w niej ludzie będą próbowali się stamtąd jakoś ewakuować. Widać zatem wyraźnie, że zmiany klimatyczne są największym zagrożeniem dla człowieka, bo ze znanych gatunków to człowiek najsilniej zależy od warunków klimatycznych.

Dlatego tak naprawdę pod płaszczem ochrony środowiska czy ochrony przyrody chronimy także człowieka, chronimy samych siebie. Bo przecież tam, gdzie się chroni przyrodę, warunki życia są dla człowieka po prostu lepsze, można powiedzieć bardziej ludzkie. I tak właśnie rozkładałbym akcenty, żeby trafić do wszystkich ludzi – nawet do takich, którzy uważają, że człowiek ma specjalne prawa w zakresie zagospodarowania całej planety. Warto również pomyśleć, w jakim stanie pozostawimy swoje małe ojczyzny, ale też całą planetę przyszłym pokoleniom.

Rozmawiał Szymon Bujalski

Dr hab. inż. Mariusz Czop, profesor AGH z Katedry Hydrogeologii i Geologii Inżynierskiej. Specjalista  w zakresie skutecznej ochrony środowiska oraz zrównoważonej gospodarki wodnej, w tym w szczególności w tematyce modelowania, przenoszenia i transformacji zanieczyszczeń w środowisku. Popularyzator tematów związanych z ochroną i remediacją środowiska, uczestnik licznych audycji radiowych i telewizyjnych, pomysłodawca i realizator społecznych kampanii informacyjnych. Czynnie zaangażowany we wspieranie działalności organizacji ekologicznych oraz społecznych ruchów na rzecz ochrony przyrody i środowiska.

Fajnie, że tu jesteś. Mamy nadzieję, że nasz artykuł pomógł Ci poszerzyć lub ugruntować wiedzę.

Nie wiem, czy wiesz, ale naukaoklimacie.pl to projekt non-profit. Tworzymy go my, czyli ludzie, którzy chcą dzielić się wiedzą i pomagać w zrozumieniu zmian klimatu. Taki projekt to dla nas duża radość i satysfakcja. Ale też regularne koszty. Jeśli chcesz pomóc w utrzymaniu i rozwoju strony, przekaż nam darowiznę w dowolnej wysokości