– W silnie uszczelnionych centrach miast ponad połowa opadów spływa wprost do kanalizacji, a tylko niespełna 10% wsiąka w ziemię – mówi prof. Anna Januchta-Szostak, ekspertka ds. zintegrowanej gospodarki wodnej w mieście i adaptacji miast do zmiany klimatu. Zapytaliśmy, po co nam woda w mieście i jak najskuteczniej ją gromadzić.

Zdjęcie: Anna Januchta Szostak
Ilustracja 1: Anna Januchta-Szostak w Parku Narodów w Lizbonie (archiwum własne)

Szymon Bujalski: Wiadomo, ile wody opadowej w polskich miastach jest marnowane? Albo ile można by jej wykorzystać, gdyby lepiej nią zarządzano?

Prof. Anna Januchta-Szostak: Z raportu NIK o zagospodarowaniu wód opadowych i roztopowych z grudnia 2020 r. wynika, że około 70% tych wód jest bezpowrotnie tracona. Dokładnych procentów nie podam, bo po prostu brakuje baz danych w zakresie uszczelnienia gruntów i wielkość spływu powierzchniowego. Ale w silnie uszczelnionych centrach miast ponad połowa opadów spływa wprost do kanalizacji, a tylko niespełna 10% wsiąka w ziemię. W miastach gospodarowanie wodami opadowymi opiera się na zasadzie „z chmury do rury”, a prawo jest stworzone z tą myślą.

Kiedyś było jeszcze gorzej, bo każdy właściciel działki miał obowiązek odprowadzać wodę do systemu kanalizacji, jeżeli taki system był. Teraz jest o tyle lepiej, że miejskie przedsiębiorstwa wodno-kanalizacyjne nie tylko dopuszczają zatrzymywanie wody na działce, ale wręcz do tego zmuszają. Na przykład w Poznaniu przyłączenie nowych inwestycji w obszarach zagrożonych przeciążeniami sieci kanalizacyjnej jest możliwe tylko pod warunkiem zagospodarowania całości lub większości wody na działce. Odprowadzić można tylko niewielką część (np. 10%) przepływu maksymalnego z deszczu nawalnego, bo pojemność kanalizacji nie pozwala na przyjęcie tak gwałtownych opadów, z jakimi mamy teraz do czynienia. Na przykład w rejonie Starego Miasta, objętego systemem kanalizacji ogólnospławnej, część opadów zatrzymuje się w studniach chłonnych i zbiornikach retencyjnych, natomiast na nowoprojektowanych osiedlach zaleca się zagospodarowanie wody na indywidualnych działkach. W pewien sposób obowiązek retencji został więc narzucony przez niewydolność systemów kanalizacji zbiorczej.

Miasta wprowadzają też sukcesywnie opłaty za odprowadzanie wód opadowych, żeby motywować do ich zatrzymywania. O ile jest to jedno ze skutecznych narzędzi do zwiększania retencji, tak wciąż nie rozwiązuje innego problemu.

Jakiego?

Z tej wody nie robi się użytku, a przede wszystkim ta woda nie zasila miejskich ekosystemów. Jest często magazynowana w podziemnych zbiornikach, które zatrzymują ją czasowo, a potem trafia do kanalizacji z opóźnieniem. Natomiast istniejące tereny zielone wykorzystuje się do infiltracji wody w bardzo małym stopniu. Nawet na starych, osiedlach wielorodzinnych (tzw. blokowiskach), takich jak Rataje czy Piątkowo w Poznaniu, na których mamy ponad 50% powierzchni biologicznie czynnej, woda spływa bezpośrednio z rur spustowych do systemu kanalizacji zbiorczej, skąd szybko trafia do rzeki.

A przecież z dachu jednego tylko bloku o powierzchni 1000 m2 teoretycznie można zebrać (przyjmując średnioroczną wartość opadów w Wielkopolsce – 500 mm) 500 m3 deszczówki rocznie. O tyle mniej wody trafia do gruntu i ma szansę zasilać okoliczne drzewa, a także odnawiać zasoby wód podziemnych. Problem w tym, że opady są nieregularne i coraz częściej zdarzają się nawałnice (np. w Poznaniu 22 czerwca 2021 r. spadło 64 mm deszczu – to więcej niż średnia suma opadów w czerwcu), a po nich długie okresy suszy, w czasie których podlewamy ogrody i trawniki wodą wodociągową, uzdatnioną do celów spożywczych!

Woda w mieście. Rysunek: retencyjno-edukacyjny plac deszczowy
Ilustracja 2: Retencyjno-edukacyjny plac deszczowy. Koncepcja: A. Januchta-Szostak.

W koncepcji modułowych placów deszczowych dla Rataj (il. 2.) założyłam, że między blokami mogłyby powstać niewielkie, zagłębione place zabaw, do których (po wstępnym podczyszczeniu) odprowadzane byłyby spływy z dachów w czasie intensywnych opadów (wysokości 50mm), co pozwoliłyby uniknąć przeciążeń systemów kanalizacyjnych i powodzi miejskich, a zarazem było rozwiązaniem atrakcyjnym dla mieszkańców. 

Osobny i dość skomplikowany problem stanowi zagospodarowanie spływów opadowych z dróg.

Czy można zmodernizować drogi tak, by woda z nich spływała na przykład do parku?

Jeżeli jest to zieleń w pasie drogowym, to teoretycznie można, ale do parku – nie zawsze. Zgodnie z prawem nie możemy odprowadzać wód opadowych i roztopowych na teren sąsiada, czyli mamy ograniczenia własnościowe, ale jest jeszcze kwestia poziomu zanieczyszczenia spływów opadowych, które możemy wprowadzać do wód lub do ziemi. Z dróg spływają związki ropopochodne i sól. Gdybyśmy zrobili rowy bioretencyjne [płytkie, porośnięte roślinnością zagłębienia do odprowadzania wód opadowych o wielowarstwowej strukturze dna – przyp. red], jak ma to miejsce na przykład w Hanowerze, Malmo czy Kopenhadze, i odprowadzali do nich wodę z drogi, którą zimą obficie posypuje się solą, to mało gatunków roślin by to przeżyło. Trzeba by zmienić system zimowego utrzymania dróg.

Tworzenie wielkich zbiorników jest bardzo kosztowne i mocno ingeruje w istniejącą miejską infrastrukturę. Da się zagospodarować wodę w mieście umiejętnie, ale i bez kosztownych inwestycji?

Poruszył pan bardzo ważne elementy – opłacalność i przestrzeń. Żeby zretencjonować całą wodę roztopową i deszczową, jaka spada na pewien uszczelniony obszar miasta, musielibyśmy faktycznie budować kolosalne zbiorniki. To szalenie droga i powierzchniochłonna inwestycja, a dodatkowo pod drogami znajduje się dużo infrastruktury podziemnej. Nie mamy więc możliwości, by tak to zorganizować. Ale w dalszym ciągu możemy wykorzystywać infrastrukturę zieloną. I to przede wszystkim tego elementu brakuje w miastach: możliwości zatrzymywania opadów w koronach drzew, w mokradłach i w glebie. Przesączając się przez kolejne warstwy gruntu, woda może być w nim oczyszczana i magazynowana, a także odnawiać zasoby wód podziemnych, które potem stanowią dla nas źródło wody pitnej czy wykorzystywanej w rolnictwie. Jeśli chcemy zmniejszyć ilość wody odprowadzanej do kanalizacji, infiltracja do gruntu jest najprostszym sposobem.

Woda w mieście.  Zdjęcie: ulicy, między jezdnią i chodnikiem rów wypełniony wodą.
Ilustracja 3: Rów zbierający wodę przy ulicy w Warszawie. Zdjęcie: J. Kardaś.

Przy okazji poprawimy też warunki wegetacyjne. Drzewa w miastach mają stosunkowo krótkie życie właśnie ze względu na niedobór wody. Nie ma fizycznych możliwości, by podlewać je wszystkie w odpowiednich ilościach, a gdy nie mają możliwości czerpania wody z gruntu, zaczynają usychać.

Jak zatem zwiększać retencję w miejskim terenie?

Warto spojrzeć choćby na ideę „sponge cities”, czyli chińską inicjatywę miast-gąbek. Przykładem jednego z ciekawych rozwiązań jest Harbin i Qunli Stormowater Park, gdzie wielkie mokradło zachowano jako element struktury zieleni rozwijającego się miasta właśnie po to, żeby retencjonować i oczyszczać spływy burzowe ze zurbanizowanych terenów. Niestety, w Polsce mamy raczej przykłady odwrotne. Choćby w Poznaniu, gdzie mokradła w dolinie Bogdanki są stopniowo zasypywane i przekształcane pod presją zabudowy deweloperskiej.

Wracając do tematu, warto podkreślić wieloskalowość działań. W skali całego miasta oznacza to wykorzystanie istniejących struktur zieleni i wody. Żeby to zrobić, konieczne jest rozpoznanie potencjału retencyjnego miasta i poszczególnych jego zlewni, z uwzględnieniem cieków powierzchniowych, jak i tych skanalizowanych pod ziemią. 

Woda w mieście.  Zdjęcie kanału w otoczeniu zieleni.
Ilustracja 4: Zrenaturyzowany kanał rzeki Lea w Londynie. Źródło: A. Januchta-Szostak.

Jest wiele przykładów odkrywania i renaturyzacji takich małych strumieni i mokradeł, np. w Londynie (strumienie: Quaggy, Ravensbourne, rzeka Lea – il. 4, 6), Seulu (strumień Cheonggyecheon), w Hadze i Bredzie, Gandawie, czy w Lipsku. Te działania pozwalają nie tylko zwiększyć pojemność retencyjną i zdolności do oczyszczania wody, ale także ich walory krajobrazowe i rekreacyjne. Istotne jest przy tym przywracanie różnorodności siedlisk, poprawa dostępności brzegów i remeandryzacja (odtwarzanie meandrów) cieków oraz łączenie ich ze strukturami zieleni.

Przechodząc na skalę osiedla, warto wykorzystać topografię danego terenu i miejsca najniżej położone wykorzystać dla tworzenia powierzchniowych systemów retencji. Nie chodzi przy tym o to, żeby zarezerwować jakieś miejsce tylko na mokradło albo obszar tymczasowy zalewany. Taki teren może przecież być atrakcyjną przestrzenią publiczną, która będzie działać i retencyjnie, i rekreacyjnie, i edukacyjnie. Jako przestrzeń żyjąca na co dzień, ma szansę na akceptację mieszkańców. 

Trzecia skala dotyczy pojedynczych inwestycji i działek. I tu mamy szeroki wachlarz możliwości mikroretencji zarówno podziemnej (np. zbiorniki, skrzynki retencyjno-infiltracyjne,  czy studnie chłonne), jak i powierzchniowej. Nie tylko beczki pod rurą spustową, ale też ogrody deszczowe, oczka wodne, niecki infiltracyjne i bioretencyjne czy zielone dachy, które w Polsce są w porównaniu do innych europejskich krajów zdecydowanie zbyt mało propagowane i upowszechniane. Tymczasem w Niemczech, Holandii czy Francji są miasta lub całe regiony, gdzie zielone dachy na wszystkich nowo budowanych płaskich dachach są wręcz wymagane.

Gdzie na przykład?

W Essen, Monachium, Stuttgarcie i wielu innych miastach Niemiec, w Szwajcarii w Bazylei i  Zurychu. W Paryżu muszą to być albo zielone dachy, albo fotowoltaika. A w Rotterdamie kładzie się nacisk nie tylko na zielone dachy, ale i tworzenie ogrodów fasadowych kosztem zmniejszenia szerokości  chodników – każdy właściciel posesji może zdjąć kawałek chodnika i budować ogrody deszczowe bądź fasadowe, o ile zostawi pieszym 1,8 m na przejście.

 Zdjęcie: zielony dach na budynku WIPO, trawa i drobne kwiatki między wystającymi ponad powierzchię dachu wwietrznikami itp.
Ilustracja 5: Zielony dach na budynku World Intellectual Property Organization w Genewie. Zdjęcie: Karen Lee dla WIPO (licencja CC BY-NC-ND 2.0).

Zieleń na dachach jest istotna, bo pozwala nie tylko retencjonować wodę, ale też zwiększać bioróżnorodność w miastach i redukować miejską wyspę ciepła – taka przestrzeń zwyczajnie nie nagrzewa się tak bardzo, jak papa. Do tego im wyżej zatrzymamy wodę, tym lepiej możemy wykorzystać grawitację, by podczyszczać i używać deszczówki do różnych celów, na przykład do spłukiwania toalet lub nawadniania ogrodów.

Jaką rolę odgrywają w mieście rzeki i ich renaturyzacja?

W 2019 r. napisałam książkę „Miasta przyjazne rzekom”. Opisuję w niej, jak zmieniał się system wartości w podejściu do kształtowania struktur hydrograficznych miasta. W głębokiej historii mieliśmy okres respektu dla sił przyrody. Do tego miała ona o wiele większe zdolności regeneracyjne, bo presja antropogeniczna była mała. Później, mniej więcej od czasu rewolucji przemysłowej, presja ta gwałtownie wzrosła. To okres podboju, kiedy zaczęliśmy wierzyć, że wszystko jest tylko kwestią pieniędzy i technologii, a ludzie są w stanie poradzić sobie z każdym żywiołem. 

Jeszcze w XX w. byliśmy przekonani, że świat należy do nas i wszystko jesteśmy w stanie zmienić, naprawić. W latach 70. i 80. pojawiły się pierwsze alarmujące raporty (np. 1969 – raport U Thanta, 1987 – raport Brundtland etc.), pokazujące, jak bardzo przekształciliśmy Ziemię i środowisko naturalne oraz jak poważne będą tego konsekwencje. Efektem jest okres powrotu do szacunku dla natury, który w XXI w., przynajmniej w niektórych częściach świata, zyskuje na sile. Obecnie regeneracja struktur zieleni i wody w miastach jest odpowiedzią na zagrożenia klimatyczne, środowiskowe i wodne.

Woda w mieście. Zdjęcie: Mokradło w dolinie rzeki Lea w Londynie.
Ilustracja 6: Mokradło w dolinie rzeki Lea w Londynie. Źródło: A. Januchta-Szostak.

W książce opisuję też m.in. ścieżki powrotu, a więc co możemy zrobić w miastach dla rzek i z rzekami. Przedstawiam trzy obszary: RGB, gdzie R (red) oznacza struktury zurbanizowane (kulturowe, społeczne i ekonomiczne), G (green) – struktury przyrodnicze, a B (blue) – struktury hydrograficzne. Działania, które opisuję, związane są z nowym podejściem do kształtowania nadbrzeży i zlewni miejskich. 

W bardzo wielu miastach Europy Zachodniej rzeki zostały bardzo silnie przekształcone, a dostęp do nich został ograniczony ze względu na ich wykorzystanie żeglugowe i przemysłowe. Już od lat 80. w Europie trwają procesy rewitalizacji nadbrzeży, w których chodzi o to, by wykorzystać potencjał kulturowy i gospodarczy zdegradowanych poprzemysłowych terenów nadrzecznych poprzez przekształcenia zabudowy i krajobrazu oraz tworzenie atrakcyjnych przestrzeni publicznych. Dzięki temu rzeka może stać się czynnikiem poprawiającym jakość życia w mieście, dającym nam komfort dalekiego widoku i rekreacji w środowisku, które ma lepsze parametry klimatyczne. Ale równolegle podejmowane są też działania zmierzające w kierunku regeneracji przyrodniczej (green) oraz zrównoważonej gospodarki wodnej i zarządzania ryzykiem powodzi (blue).

Gdzie udało się takie tereny nabrzeżne odzyskać?

Londyn już od dawna wdraża strategię Blue Ribbon Network (Sieć Błękitnych Wstęg) oraz The London Rivers Action Plan, które stały się podstawą regeneracji Tamizy. Rzeka ta w latach 60. XX w. była kompletnie pozbawiona żywych organizmów Gdy rozpoczynano program rewitalizacji Docklands (1980 r.), czyli poprzemysłowych terenów nadrzecznych, zapraszano inwestorów nad brudną, martwą Tamizę. By poprawić jakość wody, zwiększyć bioróżnorodność i połączyć struktury wody z zielenią, potrzeba było wielu działań infrastrukturalnych nie tylko nad samą Tamizą, ale w całej zlewni i na wszystkich jej dopływach. Ale udało się. Dziś w Tamizie znów jest życie, a niektóre rozwiązania mogą pokazywać kierunki powrotu dla innych miast.

Zdjęcie: Queen Elizabeth Olympic Park w Londynie, wiać zróżnicowaną roślinność i gruntową ścieżkę
Ilustracja 7: Queen Elizabeth Olympic Park w Londynie to miejsce dla Natury. Źródło: A. Januchta-Szostak.

To na przykład Thames Barrier Park – bardzo nowoczesny park, który powstał na zanieczyszczonych terenach dawnej fabryki chemikaliów, a dziś jest ostoją bioróżnorodności. Albo Queen Elizabeth Olympic Park, gdzie były organizowane igrzyska olimpijskie w 2012 r. Powstała tam cała wioska olimpijska i szereg obiektów sportowych. W tym samym czasie cała rzeka Lea była przekształcana i przywracana do życia. Rzeka Lea to dawny kanał transportowy, którym przewożono produkty na Tamizę. W sześciu parkach Lea River oraz Queen Elizabeth Olympic Park zachowano ślady dawnej przemysłowej tożsamości rzeki w postaci zachowanych fragmentów kanałów, ale równocześnie odtworzono jej walory przyrodnicze i stworzono park edukacyjny. Do tego powstały fajne place zabaw, gdzie dzieci mogą doświadczać fizycznych właściwości wody, bawić się nią i poznawać ekosystemy (fot. 4, 5). Pamiętam, że gdy zabrałam tam swoje córki, to nie mogłam ich od tych naturalistycznych placów odciągnąć. A to oczywiście tylko część większego projektu związanego z całą doliną rzeki Lea.

Zdjęcie: wodny plac zabaw  - Queen Elizabeth Olympic Park
Ilustracja 8: Wodny plac zabaw  – Queen Elizabeth Olympic Park, Londyn. Źródło: A. Januchta-Szostak.

Na uwagę zasługuje też podejście do kształtowania architektury krajobrazu. Zamiast strzyżonych trawników i różanych rabatek znajdziemy tu zróżnicowane, naturalnie zakomponowane siedliska lokalnych roślin. Zielona infrastruktura parku obejmuje różne podtypy miejskich przestrzeni otwartych: ogródki działkowe, tereny zieleni rekreacyjnej i sportowej, zielone korytarze i drogi wodne, ogrody formalne, a także zielone dachy. Ten park znakomicie uczy zauważać i doceniać piękno ekosystemów i zachodzące w nich procesy (il. 3, 5), poznawać różne gatunki miejskich zwierząt i roślin, il. 6.).  

Zdjęcie: naturalistyczny plac zabaw  - Queen Elizabeth Olympic Park
Ilustracja 9: Naturalistyczny plac zabaw  – Queen Elizabeth Olympic Park, Londyn. Źródło: A. Januchta-Szostak.

Warto też przywołać chyba najbardziej znany i spektakularny przykładem odtworzenia skanalizowanej pod ziemią rzeki, jakim jest projekt odkrycia i częściowej renaturyzacji strumienia Cheonggyecheon w Seulu. W latach 70. XX w. ten strumień został skanalizowany i przykryty wielopasmową autostradą. Dopiero skrajne pogorszenie warunków życia w mieście,  skłoniło władze do podjęcia działań rewitalizacyjnych. W 2003 r. burmistrz Seulu Lee Myung-Bak podjął kontrowersyjną decyzję o likwidacji autostrady na rzecz przywrócenia rzeki. W ciągu zaledwie dwóch lat w centrum Seulu, w miejscu dawnej „rzeki samochodów”, powstał ponad 8-kilometrowy błękitno-zielony pas przestrzeni publicznej wzdłuż odkopanego strumienia, co spowodowało spadek zanieczyszczenia hałasem i spalinami o 35%. 

Odtworzenie doliny umożliwiło też ograniczenie efektu miejskiej wyspy ciepła i przewietrzanie miasta oraz wzrost bioróżnorodności. Miało również niebagatelne znaczenie dla przywrócenia tożsamości kulturowej tej części Seulu – rzeka ponownie zaistniała w świadomości ludzi, a wraz z nią dawne mosty, miejsca wypoczynku, zabawy, rytuałów i sztuki. Niewątpliwie był to też sukces marketingowy, ponieważ miasto stworzyło swój nowy, przyjazny mieszkańcom i naturze wizerunek.

To prawda, że w Polsce poziom retencji wynosi tylko kilka procent? I co uwzględnia ten odsetek?

Oficjalne dane mówią o retencji na poziomie 6,5% objętości średniorocznego odpływu rzecznego, czyli ok. 4 mld m3. Rząd ma ambicje zwiększyć retencję do 15%, ale głównie za sprawą dużej retencji zbiornikowej, powiązanej z modernizacją dróg wodnych. Myślę, że nie tędy droga. Po pierwsze dlatego, że środowisko naszych rzek jest zbyt cenne, by przekształcać je w wodne autostrady. Po drugie, trzeba rozróżnić retencję suchą (na wypadek powodzi) i mokrą (służącą zapobieganiu suszy), sztuczną i naturalną, którą znacznie trudniej zmierzyć, ale ma dużo większe znaczenie dla środowiska. Po trzecie, wodę zgromadzoną w dużych zbiornikach trudno rozprowadzić na pola położone w górze zlewni, gdzie jest najbardziej potrzebna.

Warto przy okazji dodać, że rowy melioracyjne to zupełnie niewykorzystany potencjał. Znaczna część naszego kraju została w latach 60. zmeliorowana. Na początku rowy te pełniły jeszcze funkcję nawadniająco-odwadniającą, ale ich bardzo zły stan techniczny sprawia, że w tej chwili praktycznie tylko drenują. A zatem nie tylko nie przyczyniają się do zwiększania retencji, ale wręcz przyspieszają odpływ wody. Trzeba zatem naprawiać systemy melioracyjne, żeby nie drenowały pól, ale zatrzymywały wodę, poprawiać strukturę krajobrazu (oczka i zadrzewienia śródpolne, pasy filtracyjne wzdłuż cieków) oraz zmieniać sposób uprawy, aby poprawiać retencyjność gleb i zmniejszać poziom zanieczyszczeń rolniczych.

Mikroretencja w miastach nie będzie miała znaczącego wpływu na bilans krajowy, ale jest bardzo istotna dla lokalnej gospodarki wodnej.

Niektórzy obawiają się, że z powodu zmiany klimatu za kilkadziesiąt lat w naszych kranach zabraknie wody.  Realne zagrożenie?

Zasoby wody w Polsce liczy się przepływami dużych rzek. Jesteśmy pod tym względem w ogonie Europy, bo nie mamy takich dużych rzek, jak Dunaj czy Ren. Nasze zasoby to zaledwie ok. 1500-1600 m3 wody na mieszkańca rocznie, a w latach suchych jeszcze mniej, bo ok.1. tys. m3, W Europie ta wartość wynosi średnio ponad 4 tys. m3 na mieszkańca, czyli w Polsce mamy stosunkowo mało wody, 3-4 razy mniej niż w innych krajach Europy. Warto pamiętać, że naszym bogactwem nie jest woda, która odpływa z kraju rzekami, ale woda która zostaje w krajobrazie i wzbogaca zasoby wód podziemnych.

Co gorsza, nie kontrolujemy zużycia naszych zasobów. Globalnie najwięcej wody wykorzystuje rolnictwo – ok. 70%. U nas jest to śmiesznie mały procent zużycia – według danych GUS pobór wód do nawadniania wynosi mniej więcej 0,8% z 10 mld m3 całkowitego zużycia wody na potrzeby gospodarki narodowej i ludności.

Skąd tak wielkie różnice?

To wynika z braku danych i w efekcie z bardzo mocnego niedoszacowania. W statystykach w ogóle nie uwzględnia się obiektów nawadnianych, które mają powierzchnię poniżej 20 hektarów, a Polsce mamy dużo rozdrobnionych gruntów. Nie liczy się też tego, że rolnicy mogą swobodnie pobierać wody gruntowe i głębinowe poniżej 5 m3 na dobę – żadne z tych ujęć nie jest opomiarowane, więc po prostu nie wiemy, ile tej wody zużywamy w rolnictwie i jakie są możliwe deficyty. Odczuwamy je dopiero wtedy, gdy mamy suszę meteorologiczną albo już glebową i zdajemy sobie sprawę, że nie zaspokoimy potrzeb wszystkich użytkowników. A przecież żeby dobrze gospodarować wodą, musimy wiedzieć, ile jej zużywamy i na jakie potrzeby, musimy też mieć w świadomości, że część wody musimy zostawić przyrodzie, aby mogły przetrwać ekosystemy wodne i od wody zależne.

 Zdjęcie: nawadnianie pola za pomocą ruchomej polewaczki - węża zamontowanego na wózeczku
Ilustracja 10: Zużycie wody w rolnictwie to duże źródło niepewności w bilansie wodnym Polski. Zdjęcie: Amrita (licencja Pixabay). 

To tym bardziej istotne, że w czasie ostatnich susz niektóre rzeki zaczęły wysychać, na przykład Noteć, co jest wynikiem nie tylko braku opadów, ale też działalności kopalni odkrywkowych węgla brunatnego. Gdy obniża się poziom wody w rzece, a zwłaszcza, gdy miejscami wysycha jej koryto, oznacza to, że pojawiają się ograniczenia dla jej użytkowników: obniżają się parametry drogi wodnej (nie mogą przepłynąć statki i łodzie), brakuje wody do nawodnień rolniczych, a czasem też pojawiają się ograniczenia w poborze wody w miastach.

Ale proszę pomyśleć, co to oznacza dla ryb, płazów czy ptaków wodnych. Kiedy znika życie wodne i przywodne, to tracimy naturalne siedliska. Czasem bezpowrotnie. W Hiszpanii bardzo wiele rzek już jest rzekami sezonowymi. Myślę, że w Polsce też musimy się z tym liczyć. Zwłaszcza, jeśli nie będziemy kontrolować zużycia wody na potrzeby rolnictwa.

Brak działania w oparciu o wiedzę i dane to generalnie bolączka Polski. Trudno gospodarować czymś dobrze, gdy nie wiadomo, czym się gospodaruje.

I to podstawowy problem. Żeby podejmować odpowiedzialne decyzje, musimy najpierw mieć bazę danych i stały monitoring, aby analizować skutki wcześniejszych decyzji i móc myśleć o alternatywach. Dlatego musimy w Polsce poprawić dostępność danych oraz zakres monitorowania nie tylko ilości, ale i jakości wody. Te dane muszą też być powszechnie dostępne, żeby naukowcy mogli z nich swobodnie korzystać. Nie mogą być trzymane pod kluczem i udostępniane za konkretną opłatą, bo nowe technologie opierają się przede wszystkim na dostępie do danych cyfrowych.

A jak coraz trudniejsza sytuacja wodna w Polsce odbije się na rolnictwie?

Ocieplenie klimatu będzie się wiązało z wymianą gatunków na takie, które będą lepiej znosić suszę i nie będą wymagać intensywnego nawadniania, czyli będą mniej wodochłonne. W Niemczech są już podejmowane działania, żeby zwiększyć areały upraw ekologicznych (obecnie to ok 10%), dostosowanych do coraz wyższych temperatur i dłuższych okresów suszy. Warto podkreślić, że gleba jest mieszanką minerałów, martwych i żywych organizmów, powietrza i wody, a jej zdolności retencyjne zależą przede wszystkim od jej struktury i zawartości substancji organicznych. Dlatego potrzebne są nie tylko zmiany gatunków roślin, ale też metod uprawy dla utrzymania produktywności rolnictwa i rosnących wymagań ochrony środowiska.

Nie jestem specjalistką w tej dziedzinie, ale z rozmów wśród ekspertów wodnych wynika, że zmiana struktury gleby może w bardzo dużym stopniu przyczynić się do zwiększenia retencji oraz zdolności gleb do adsorpcji węgla. Służą temu różnego rodzaju zabiegi agrotechniczne, które zwiększają pojemność wodną gleby w warstwie organicznej, np. ograniczanie orki, pozostawianie resztek pożniwnych i zwiększenie udziału nawozów naturalnych zamiast sztucznych, które obecnie są wypłukiwane i bez przeszkód spływają do rowów melioracyjnych, a potem do rzek, jezior i Bałtyku. Zakwity sinic biorą przecież swój początek na polach. Dlatego bardzo istotne jest na przykład zachowanie co najmniej 50, a jeszcze lepiej 100-metrowego pasa filtracyjnego naturalnej zieleni wzdłuż cieków i zbiorników wodnych. Takie działania pozwoliłyby nie tylko zredukować spływ biogenów do naszych rzek i Bałtyku, ale też zwiększyć retencję w dolinach i wzmocnić korytarze migracji zwierząt.

Inny aspekt to zmiana sposobu kształtowania krajobrazu wiejskiego. W tej chwili dominują monokultury, a duże powierzchnie areałów są dostosowane do upraw ciężkim sprzętem rolniczym. Zyski czerpie się głównie z ilości i wydajności uzyskiwanej za pomocą nawozów sztucznych czy oprysków. W rolnictwie ekologicznym bardzo duże znaczenie ma struktura krajobrazu i gleby. I mamy w Wielkopolsce świetne wzorce rolnictwa ekologicznego, zapoczątkowane już w XIX w. przez gen. Dezyderego Chłapowskiego, który gospodarując w Turwi wprowadzał płodozmian i pasy zadrzewień śródpolnych, które chroniły gleby przed erozją wietrzną i utratą wody. Wielkopolska należy do regionów ekstremalnie zagrożonych suszą, więc Park Krajobrazowy im. D. Chłapowskiego nie powinien być tylko skansenem, ale żywym wzorcem. Czytałam w tym roku o młodym rolniku ze Snowidowa, który wraca do tych praktyk i je upowszechnia – sadzi aleje drzew, odbudowuje systemy nawadniające i wyraźnie zwiększa plony. To kierunek przekształceń z pewnością wart upowszechniania.

Zdjęcie: Park krajobrazowy im. gen. Dezyderego Chłapowskiego w Wielkopolsce - zadrzewienia śródpolne
Ilustracja 11. Park krajobrazowy im. gen. Dezyderego Chłapowskiego w Wielkopolsce – zadrzewienia śródpolne. Zdjęcie: Anna Januchta-Szostak).

Rozmawiał Szymon Bujalski – dziennikarz dla klimatu

Prof. Anna Januchta-Szostak jest profesorem, naukowcem i nauczycielem akademickim na Wydziale Architektury Politechniki Poznańskiej. Od kilkunastu lat zajmuje się zagadnieniami zintegrowanej gospodarki wodnej w mieście i adaptacji miast do zmiany klimatu. Jest ekspertem w zakresie wielofunkcyjnego kształtowania miejskich obszarów nadrzecznych i przestrzeni publicznych, z uwzględnieniem błękitno-zielonej infrastruktury w zagospodarowaniu wód opadowych. Jest też członkiem Interdyscyplinarnego Zespołu Doradczego ds. Kryzysu Klimatycznego przy Prezesie PAN, zespołu ekspertów Retencja,pl i ekspertów wodnych Open Eyes Economy Summit (OEES). Jest autorką ponad 130 publikacji naukowych.

Fajnie, że tu jesteś. Mamy nadzieję, że nasz artykuł pomógł Ci poszerzyć lub ugruntować wiedzę.

Nie wiem, czy wiesz, ale naukaoklimacie.pl to projekt non-profit. Tworzymy go my, czyli ludzie, którzy chcą dzielić się wiedzą i pomagać w zrozumieniu zmian klimatu. Taki projekt to dla nas duża radość i satysfakcja. Ale też regularne koszty. Jeśli chcesz pomóc w utrzymaniu i rozwoju strony, przekaż nam darowiznę w dowolnej wysokości