– Według najnowszego World Inequality Report 10% najbogatszych Polaków – o zarobkach powyżej 13 tys. zł miesięcznie na osobę – ma emisje na poziomie 27 tCO2e. Jest to ponad 5 razy więcej niż emisje biedniejszej połowy polskiego społeczeństwa, ludzi zarabiających mniej niż 5 tys. zł miesięcznie –  mówi dr Michał Czepkiewicz z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jeśli zastanawiacie się, co się składa na nasz osobisty ślad węglowy, przeczytajcie tę rozmowę!

Zdjęcie: Michał Czepkiewicz.
Ilustracja 1: Michał Czepkiewicz. Zdjęcie: Piotr Bedliński. 

Szymon Bujalski: Co w największym stopniu odpowiada za nasz ślad węglowy?

Dr Michał Czepkiewicz z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu: Większość indywidualnego śladu węglowego stanowią najczęściej trzy grupy: transport, energia zużywana w mieszkaniach i domach oraz żywność.

Zacznijmy od transportu.

Do transportu wliczamy spalanie paliw kopalnych, produkcję pojazdów, energię elektryczną używaną do ich napędzania. Globalnie i w wielu krajach za największą część emisji odpowiadają samochody osobowe, ale rośnie też liczba społeczeństw o dużym udziale podróży lotniczych. Przykładowo z badań, które prowadziłem w Finlandii i Islandii wynika, że wśród młodych mieszkańców tamtejszych miast podróże lotnicze stanowią nawet 70% emisji z transportu (Czepkiewicz i in. 2019). Podobnie kształtuje się to w Norwegii czy Szwecji. Już w 2009 roku loty stanowiły ponad połowę emisji z transportu w Norwegii, więcej niż samochody (Aaamaas & Peeters 2017). Wynika to z tego, że normą w krajach nordyckich jest latanie za granicę dwa lub trzy razy w roku. Są też osoby, które robią to kilkanaście albo nawet kilkadziesiąt razy. 

W Polsce taki styl życia wciąż jest dość rzadki, a głównym źródłem emisji są samochody osobowe. Rola podróży lotniczych rośnie jednak z roku na rok, z krótką przerwą na pandemię i ograniczenia w przemieszczaniu się. Jeśli chcemy myśleć w naszym kraju o ochronie klimatu, już teraz należałoby zapobiegać tym trendom – zanim wakacje zagraniczne dwa razy w roku staną się normą, jak to na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat stało się choćby we wspomnianej Islandii.

Zdjęcie: stojaki na rowery (z przyczepionymi do nich rowerami) przy peronie niewielkiej stacji kolejowej.
Ilustracja 2: “Niskie emisje mają osoby, które przemieszczają się głównie pieszo i rowerem, a na dalsze odległości pociągami.”. Stacja kolejowa i stojaki na rowery w Warszawie. Zdjęcie: A. Kardaś

Niskie emisje mają osoby, które przemieszczają się głównie pieszo i rowerem, a na dalsze odległości pociągami. Ale pod warunkiem, że nie podróżują dużo samolotem. W danych z krajów nordyckich zauważyliśmy tendencję wśród osób mieszkających w centralnych częściach miast, gdzie rzadko albo wcale nie korzysta się z samochodów osobowych, do częstego podróżowania za granicę samolotami. Przez to ich emisje z transportu są często wyższe nawet od osób, które mieszkają na przedmieściach i regularnie jeżdżą samochodem (Czepkiewicz i in. 2020). 

To tzw. efekt odbicia, który ma różne przyczyny. Jedną z nich może być to, że nieposiadanie samochodu daje oszczędności finansowe, które wydawane są na bilety lotnicze i wakacje przez osoby ceniące sobie takie wyjazdy. Efektem odbicia może być też to, że niskoemisyjne praktyki w jednej sferze życia używane są do tego, aby usprawiedliwić wysokoemisyjne praktyki w innej sferze. Skoro jeżdżę rowerem, nie jem mięsa i kompostuję, to mam pozytywny wpływ na klimat – mogę więc polecieć samolotem, bo to się równoważy. 

Niestety, nie jest to uzasadnione rozumowanie. Takie podejście raczej niweluje pozytywne zmiany, które ktoś wprowadził na rzecz klimatu. Dlatego ważne jest to, aby niskoemisyjne zachowania obejmowały wszystkie sfery.

Kolejny element – żywność.

Z żywnością jest na odwrót: stanowi mniejszy udział w indywidualnym śladzie węglowym u osób zamożnych, a większy wśród osób mniej zamożnych (Ivanova i Wood 2020). Wynika to częściowo z tego, że żywnością łatwiej się nasycić. Wraz ze wzrostem dochodów nie rośnie proporcjonalnie liczba posiłków. Nie jesteśmy przecież w stanie zjeść 50 razy więcej niż osoba, która zarabia 50 razy mniej pieniędzy. Z żywności jest też trudniej zrezygnować niż z podróży, bo jest czymś niezbędnym. Dlatego osoby mniej zamożne wydają na nią większą część swoich dochodów.

Zdjęcie: ziemniaki i szaszłyki warzywne ułożone na grillu.
Ilustracja 3: “Ogólnie rzecz ujmując, dieta wegańska i wegetariańska są dużo lepsze dla klimatu niż diety z dużą ilością mięsa.”. Zdjęcie: Jürgen Schmidtlein (licencja Pixabay).

Jednocześnie bardzo duże znaczenie ma to, co jemy. Największy wpływ na ślad węglowy w diecie ma udział czerwonego mięsa, następnie drobiu i nabiału, a także niektórych produktów roślinnych, jak czekolada, kawa i olej palmowy (Poore i Nemecek 2018). Ogólnie rzecz ujmując, dieta wegańska i wegetariańska są dużo lepsze dla klimatu niż diety z dużą ilością mięsa. Nie wspominając o tym, że są dużo lepsze dla zwierząt, a przy odpowiednim zbilansowaniu także dla zdrowia. Oznacza to, że samo odżywianie się według zaleceń dietetycznych (jeśli nabiał, to biały ser, jeśli mięso, to rzadko i raczej nie czerwone bo największe emisje generuje chów bydła i owiec, dużo warzyw, owoców, orzechów itp.) sprawi, że nasza dieta będzie mniej emisyjna. Podsumowanie wpływu różnych zmian w diecie na ślad węglowy znalazło się w niedawno opublikowanej meta-analizie, która stanowiła też ważne źródło w najnowszym raporcie IPCC (Ivanova i in. 2020).

Dla śladu węglowego żywności ważne są też sposoby produkcji. Najczęściej nie wiemy jednak, jak dana żywność jest wytwarzana. Duży rozstrzał dotyczy emisyjności mięsa, a w szczególności wołowiny i mięsa innych przeżuwaczy, dla których naturalnym sposobem zdobywania pożywienia jest wypas, a które w rzeczywistości rzadko pasą się na pastwiskach. Wyniki badań są niejednoznaczne. 

Są badania, które pokazują, że wołowina z pastwiska może mieć kilkukrotnie niższy ślad węglowy niż taka, która jest wytwarzana w intensywnym chowie opartym głównie o pasze, a zwierzęta spędzają większość czasu w oborach bądź zamkniętych wybiegach. Wynika to m.in. z tego, że odpowiednio prowadzony wypas może pomagać w wiązaniu węgla z atmosfery w glebie. Z drugiej strony, bydło wypasane rośnie wolniej, wymaga większej powierzchni gruntów, by się wyżywić i emituje więcej metanu. 

Ilustracja 4: Młode kozy w gospodarstwie ekologicznym Ewy i Petera Stratenwerthów w Grzybowie. Zdjęcie: A. Kardaś.

Bardzo duże znaczenie ma też to, jak pozyskiwane są tereny pod uprawę roślin paszowych lub pastwiska. Jeśli wycina się pod to lasy, emisje są dużo większe. Trudno się zorientować w tak różnorodnych wynikach badań, warto więc zapamiętać, że przeciętne, dostępne w sklepie mięso i nabiał są dużo bardziej szkodliwe dla środowiska i klimatu niż produkty roślinne.

Problem emisji wynikających ze zmian użytkowania terenu dotyczy także takich produktów, jak czekolada, kawa czy olej palmowy, których uprawa często związana jest właśnie z wycinaniem i przekształcaniem lasów. Z drugiej strony strączki i orzechy mają bardzo niski ślad węglowy. Orzechy mogą mieć nawet ujemny ślad, bo często rosną na drzewach, które wiążą dwutlenek węgla z atmosfery.

Trzeci kluczowy sektor: mieszkalnictwo.

Chodzi przede wszystkim o zużycie energii elektrycznej i cieplnej w gospodarstwach domowych, ale nie tylko. Wybudowanie czy remont domów i mieszkań wymaga dużej ilości materiałów. Emisyjne są cement i stal, ale też inne materiały. Wysokoemisyjny może być też ich transport. Mówimy w tym przypadku o tzw. emisjach ucieleśnionych, wbudowanych w materiały. Osoby, z którymi współpracuję na Uniwersytecie Islandzkim, robią badania w tym zakresie. 

Potencjał do zmniejszenia śladu węglowego budynków jest duży, bo niektóre materiały – jak słoma czy drewno – mogą mieć zerowy lub wręcz ujemny bilans węglowy. Sama certyfikacja emisyjności budynków nie jest więc wystarczająca, bo często dotyczy jedynie zużycia energii, a emisji ucieleśnionych się nie wlicza.

Ilustracja 5: Budynek gimnazjum nr. 5 w Elblągu podczas termomodernizacji. Zdjęcie: Jacek Bogdan (licencja CC BY-SA 3.0).

Oczywiście źródło energii jest kluczowe. Najczęściej nie mamy na to jednak wpływu, dlatego polem rolą jednostek jest naciskanie na władze, żeby sukcesywnie zmieniały miks energetyczny. 

Większy wpływ potencjalnie możemy mieć na charakterystykę cieplną budynków czy mieszkań, na ich efektywność energetyczną. Wymiana okien czy ocieplenie budynku to jedna z najlepszych rzeczy, jakie można zrobić dla klimatu. Pomocne w zmniejszaniu emisji są też pompy ciepła, kolektory słoneczne czy panele fotowoltaiczne. 

Trzeba mieć jednak świadomość, że nie każdy może sobie pozwolić na wymianę okien lub kotła grzewczego czy montaż paneli fotowoltaicznych. Przykładowo, jedna lub dwie starsze osoby mieszkające w dużych, starych domach na wsi, które kiedyś służyły całej rodzinie. Osoby takie często nie mają pieniędzy, by ocieplić dom i albo ogrzewają go w sposób niewydajny, albo nie ogrzewają go w ogóle i narażone są na życie w chłodzie. W takich przypadkach mówimy o tzw. ubóstwie energetycznym.

Jakie są różnice w śladzie węglowym pomiędzy biedniejszymi i bogatszymi państwami, biedniejszymi i bogatszymi ludźmi?

Różnice w skali świata są ogromne. Najważniejszym czynnikiem na nie wpływającym jest zamożność. Stany Zjednoczone, Kanada, Australia, Luksemburg czy nawet Islandia, która posiada niskoemisyjną energię elektryczną, mają bardzo wysokie emisje – ponad 20 ton CO₂e średnio na osobę (Clarke i in. 2017). Jeśli wliczymy emisje nie tylko ze spalania paliw kopalnych, lecz także z procesów przemysłowych, leśnictwa, rolnictwa i zmian użytkowania terenu, może to być nawet ponad 30 ton. Jednocześnie kraje Afryki Środkowej, niektóre państwa Ameryki Łacińskiej czy Azji Południowo-Wschodniej mają emisje poniżej 1 tony CO₂e na osobę.

Jeśli zejdziemy na poziom konkretnych osób, różnice są jeszcze większe. Rekordziści, tacy jak Roman Abramowicz czy nieco „skromniej” żyjący Elon Musk i Bill Gates, generują emisje rzędu kilku tysięcy ton dwutlenku węgla rocznie (Barros i Wilk 2021). Rekordzista Abramowicz emituje rocznie ponad 30,000 tCO2, kilka tysięcy razy więcej niż przeciętny Polak czy Polka, głównie za sprawą luksusowych jachtów i samolotów. 

Ilustracja 6:  Luksusowe jachty (Lady Anne, Lady Moura i Dilbar) w Porto Cervo. Zdjęcie: Heinz-Josef Lücking (licencja CC BY-SA 3.0).

Różnice w emisjach bardzo dobrze pokazują raporty Oxfamu i Szwedzkiego Instytutu Środowiskowego (m.in. Gore 2020). Pokazują one, że najbogatsze 10% ludzkości odpowiada za ponad 50% światowych emisji. Co więcej, najbogatsi odpowiadają też w największym stopniu za wzrost emisji w ostatnich dekadach. Dużo bardziej niż powiększająca się klasa średnia w Chinach czy Polsce.

Musimy zatem zdawać sobie sprawę z dwóch rzeczy, które się wzajemnie nie wykluczają. Po pierwsze, emisje najbogatszych są bardzo duże. Chodzi nie tylko o miliarderów, ale ogólnie o ludzi zarabiających kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie. Według najnowszego World Inequality Report 10% najbogatszych Polaków – o zarobkach powyżej 13 tys. zł miesięcznie na osobę – ma emisje na poziomie 27 tCO2e. Jest to ponad 5 razy więcej niż emisje biedniejszej połowy polskiego społeczeństwa, ludzi zarabiających mniej niż 5 tys. zł miesięcznie. 

Po drugie, za wzrost emisji odpowiada wchodzenie coraz większej liczby osób na poziom życia znany z krajów zachodnich, związany ze zwyczajami europejskiej czy północnoamerykańskiej klasy średniej. To np. posiadanie dużego samochodu i dużej ilości sprzętów elektronicznych oraz spożywanie większej ilości mięsa. Problematyczny jest zatem zarówno bardziej luksusowy styl życia, jak i ten z naszej perspektywy średni.

Patrząc na emisje w przeliczeniu na mieszkańca Polacy są takim samym „problemem” dla klimatu, co Chińczycy, Amerykanie czy Szwedzi?

Jeśli chodzi o średnią, emisje na osobę w Polsce są mniejsze niż w Stanach czy Kanadzie mniej więcej o połowę i trochę niższe niż w Szwecji. Podobne są w Chinach, Turcji czy RPA, a także innych krajach Europy Środkowej. Wynika to z jednej strony ze średnich jak na świat dochodów, a z drugiej strony z energetyki opartej w większości na węglu. 

Ilustracja 7: Elektrownia Pątnów (ZE PAK) w Koninie, zdjęcie: Kolanin (licencja CC BY 3.0).  

Najważniejsze dla ochrony klimatu są jednak porównania nie z innymi krajami, a z celami, których zrealizowanie pozwoliłoby na uniknięcie katastrofalnego ocieplenia o 1.5°C. Szacuje się, że wymagałaby to zmniejszenia emisji na osobę do poziomu ok. 3 ton CO2e do 2030 r. i niemal do zera do 2050 r. Obecnie w Polsce, w zależności od metody szacowania, jest to od 8 do 10 ton rocznie. Czyli w osiem lat musielibyśmy zmniejszyć emisje trzykrotnie. To ogromne wyzwanie.

Jeszcze inne wyniki zyskamy, jeśli przy liczeniu emisji na mieszkańca uwzględnimy konsumpcję.

W takiej perspektywie zamożne kraje Europy – często o „zielonym” wizerunku, jak Dania i Finlandia – mają wyższe emisje niż gdy uwzględnimy tylko emisje generowane na ich terenie. Jest to ponad 10 tCO2e na osobę rocznie, czyli więcej niż w Polsce (Ivanova i Wood 2020). Szczególnie jeśli wliczy się powiązane z konsumpcją emisje z rolnictwa, leśnictwa i zmian w użytkowaniu terenu. 

Uwzględniając konsumpcję nawet Francja z energetyką jądrową ma zbyt wysokie emisje per capita, średnio około 9 tCO2e, a wśród najbogatszych znacznie więcej (Ivanova i Wood 2020). Uwzględnienie emisji z konsumpcji sprawia, że miasta Europy, USA, Kanady, czy Australii, jak Amsterdam, Kopenhaga, Helsinki, Vancouver, Portland, czy Canberra, nie są już przykładami „zrównoważonych miast”. Zamiast tego stają się „miastami konsumenckimi” o śladzie węglowym z konsumpcji kilkukrotnie wyższym niż emisje generowane na ich terenie (C40 Cities 2019). To rozwiewa iluzję o miastach niskoemisyjnych. 

Emisje uwzględniające zamożność to w skali świata problem strukturalny?

Jak najbardziej. Nierówności wynikają z nierównej wymiany w skali globalnej i nierównego układu sił, w którym państwa Globalnej Północy mogą często narzucać warunki wymiany, stosować różne narzędzia przymusu związane m.in. z międzynarodowym długiem. W efekcie niejako powstrzymują rozwój biedniejszej części świata, a jednocześnie same czerpią z tego wymierne korzyści.

Ilustracja 8: Susza w Somalii. Zdjęcie: Oxfam Africa (licencja CC BY-2.0)..

Dla zrozumienia kwestii śladu węglowego i tego, jaki skutek mają te nierówności, warto zdać sobie sprawę, że skutki zmiany klimatu będą najbardziej odczuwalne właśnie w tych najmniej emitujących krajach. Szczególnie, jeśli uwzględnimy fakt, że mają one o wiele mniejszą możliwość poradzenia sobie z nimi. Co prawda skutki zmiany klimatu są doświadczane coraz bardziej w Australii, USA Kanadzie czy krajach europejskich, ale kraje te mają znacznie większą zdolność do adaptacji. Kiedy te same lub bardziej nasilone konsekwencje zmiany klimatu – jak na przykład susze – odczuwają kraje biedniejsze, skutki są bardziej katastrofalne. Doprowadzają do głodu i śmierci wielu osób, konieczności migracji itd. Można więc powiedzieć, że to wszystko jest częścią – przywołując słowa niemieckich socjologów Ulricha Branda i Markusa Wissena – imperialnego sposobu życia.

Czyli?

Korzystając z przewagi politycznej, dużej części ludzi żyjących w zamożnych krajach Globalnej Północy zapewniamy bardzo dobre warunki życia. Nawet jeśli są wśród nich jakieś nierówności, to i tak warunki życia są zazwyczaj dużo lepsze niż w krajach Globalnego Południa, które dostarczają surowców i w których ludzie wykonują ciężką pracę związaną z wydobyciem surowców i produkcją przemysłową, najczęściej za niską płacę. Jednocześnie na tych ludzi zrzucone są koszty naszego dobrobytu. Koszty środowiskowe i społeczne. Te pierwsze to m.in. ekstremalne zdarzenia wywołane przez zmianę klimatu, zanieczyszczanie środowiska toksycznymi wodami, wycinanie cennych lasów i prowadzenie wydobycia, które zupełnie zmienia krajobraz i uniemożliwia uprawę roli.

Inny niemiecki socjolog, Stephan Lessenich, nazywa to społeczeństwem eksternalizacji. Duża część tego, co się składa na dobrobyt w krajach względnie zamożnych, jak Niemcy i Polska, oparte jest na tym, że ktoś gdzieś ponosi tego koszty.

Można więc postawić tezę, że obecny kapitalizm to neokolonializm? Dawny wyzysk przybrał po prostu inną formułę?

Zdecydowanie. Zresztą globalny kapitalizm ma swoje źródła w XVI-XVII w. i podbojach kolonialnych, które ukształtowały tę nierówną wymianę. To był jeden z momentów pierwotnej akumulacji kapitału, która pozwoliła na utworzenie pierwszych korporacji i inwestycje w przemysł. Oczywiście nie odbywało się to tylko za pomocą kolonialnych podbojów. Istotne były też grodzenia i pozbawianie ludzi żyjących w Europie możliwości samodzielnego utrzymania się z uprawy i wypasu na własny użytek, przez co wtłaczano ich w przemysłowy sposób produkcji i życie w roli robotników najemnych. 

Przez kolejne kilkaset lat warunki pracy i życia robotników w Europie, a później USA i innych krajach zachodnich poprawiły się. Nie obyło się to bez walki, bez związków zawodowych czy osób u władzy, które odpowiedziały na postulaty związków i wprowadziły m.in. wysokie podatki dochodowe dla najbogatszych, płacę minimalną i skróciły czas pracy do 40 godzin. Ale to też było możliwe dzięki temu, że koszty zostały przeniesione gdzieś dalej. Wyzysk wewnątrz państw zmniejszył się, a zwiększył wyzysk na skalę globalną. Źródłem problemów z klimatem i środowiskiem jest więc system kapitalistyczny, który opiera się nie tylko na nierównościach między ludźmi, lecz także na eksploatacji przyrody. To przyroda jest ostatecznym zewnętrzem, do którego – mówiąc językiem ekonomicznym – eksternalizuje się koszty. Jednocześnie najczęściej nie jest to wliczone do rachunku i zapłacimy za tę eksploatację z opóźnieniem.

Elektryfikacja, wymiana źródeł ciepła itd. są bardzo ważne dla polityki klimatycznej, ale jeśli nie będzie za tym iść też zmiana systemowa polegająca na odchodzeniu od relacji kapitalistycznych, będzie miało to bardzo krótkie nogi. Podobnie odchodzenie od kapitalizmu bez odchodzenia od ciągłego wzrostu i zrzucania kosztów na przyrodę nie rozwiąże problemów z klimatem i utratą bioróżnorodności, czego przykładem z przeszłości mogą być środowiskowe skutki przemysłu w PRL-u i innych krajach bloku wschodniego. Jeśli transformacja energetyczna będzie się odbywać zgodnie z logiką wzrostu, kryzysy znajdą ujście w innym miejscu. Jeśli nie sprowadzą ich paliwa kopalne, to zrobi to np. wydobywanie surowców potrzebnych do produkcji samochodów elektrycznych.

W skrócie: znajdziemy inny sposób, by wyzyskiwać planetę.

Zgadza się.

Jak temu zapobiegać?

To kluczowe, ale bardzo trudne pytanie. Postaram się na nie odpowiedzieć, zastrzegając, że to tylko naszkicowanie problemu. W dyskusjach o kryzysie klimatycznym najczęściej mówi się o zmianie źródeł energii i odejściu od paliw kopalnych. To oczywiście jest bardzo ważne, ale według mnie niezbędne jest też zmniejszenie przepływów energii i materii w gospodarce. Dużo trudniej jest zmniejszać emisje i wpływ na ekosystemy gdy zużycie energii i surowców cały czas rośnie. 

Pomimo dużych postępów w wydajności energetycznej i inwestycji w odnawialne źródła energii, emisje wciąż rosną, właśnie z powodu ciągłego wzrostu zużycia. Dlatego cieszy mnie, że w nowym raporcie trzeciej grupy roboczej IPCC znalazł się cały rozdział o zmniejszaniu zapotrzebowania na energię (patrz: Dobre życie przy niskim zużyciu energii, czyli nowy rozdział w raporcie IPCC). Okazuje się, że nie tylko jest to konieczne, ale też jest możliwe i może iść w parze z poprawą warunków życia ludzi. Możliwa jest więc taka transformacja w kierunku mniejszego zużycia energii i surowców, która jednocześnie jest sprawiedliwa i poprawia warunki życia ludzi – co jest postulatem dewzrostu i innych post-wzrostowych idei. Realizacja tego postulatu wymaga oczywiście dużych zmian w gospodarce, polityce i życiu codziennym.

Jak dokonywać takich zmian?

Wielu teoretyków i wiele osób zaangażowanych w działania polityczne ma różne zdanie na temat tego, jak przeprowadzać tak rozległą zmianę społeczną. Piszą o tym także autorki i autorzy wspomnianej części raportu IPCC. Jest tam mowa o działaniach w różnych sferach: regulacjach i podatkach, infrastrukturze i technologiach, w działaniach przedsiębiorstw, w normach kulturowych i wartościach, a także przyzwyczajeniach i codziennych decyzjach zwykłych ludzi. Czyli prawdziwej zmianie systemowej, która przebiega w wielu miejscach jednocześnie – także na poziomie konsumentów.

Potrzebujemy zatem dużych inwestycji w transport zbiorowy i termomodernizację budynków, ale też zwijania części infrastruktury jak część dróg dla samochodów i lotniska. Potrzebujemy dobrego planowania przestrzennego, które ograniczy rozlewanie się miast i sprawi, że będziemy żyć bliżej miejsc pracy. Potrzebujemy wsparcia podatkowego i dopłat do pomp ciepła, paneli fotowoltaicznych i wymiany okien. Potrzebujemy przebudowania systemu dopłat do rolnictwa, żeby wspierały niskoemisyjne uprawy. Potrzebujemy opodatkowania paliwa lotniczego i biletów lotniczych. Potrzebujemy zmian w nastawieniu ludzi do samochodów, podróży lotniczych, mięsa i szeroko rozumianego konsumpcjonizmu, tak żeby mieli motywację do zmian w swoim życiu codziennym. To tylko przykłady, ale najważniejsze jest tutaj to, że wszystkie te poziomy zmian są potrzebne. Jednocześnie też trzeba odchodzić od systemu gospodarczego, który wymaga ciągłego wzrostu. To jest najtrudniejsza część układanki, bo kapitalizm jest silnie osadzony w instytucjach i relacjach władzy. Nie mam tutaj jednej recepty, ale warto poszukiwać alternatyw. Należą do nich m.in. ekonomia obwarzanka, o której pisze Kate Raworth w wydanej po polsku książce pod tym samym tytułem, czy dewzrost, o którym pisze m.in. Jason Hickel w książce “Mniej znaczy lepiej”

Potrzebna nam zmiana jest tak złożona i wymaga tak dużej zmiany w układzie sił – również globalnie – że naprawdę bardzo trudno ją sobie wyobrazić i nakreślić. Wydaje mi się jednak, że dobrze jest myśleć o innym, lepszym świecie. Takim, w którym nie używa się paliw kopalnych lub używa się ich bardzo mało, a jednocześnie wszyscy mają zapewnione dogodne warunki życia. W którym ochrona bioróżnorodności jest wyżej ceniona niż konsumpcjonizm. W którym nie ma wojen o dominację i zasoby. Możemy sobie taki świat wyobrażać i pamiętać, że realizacja takich wizji na co dzień sprowadza się do bardziej prozaicznych działań, jak organizowanie się w grupie aktywistycznej lub w związku zawodowym, naciskanie na swoich reprezentantów w parlamencie czy radzie miasta, codzienne rozmowy ze znajomymi i pisanie o klimacie na mediach społecznościowych. To wszystko ma znaczenie.

Michał Czepkiewicz – geograf, absolwent Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Doktor Nauk o Ziemi. Zajmuje się zależnościami między urbanistyką, transportem, stylami życia, emisjami gazów cieplarnianych i dobrostanem mieszkańców miast. Obecnie pracuje na Wydziale Socjologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, gdzie kieruje projektem badawczym na temat mobilności mieszkańców Polskich miast i wpływu tej mobilności na zmiany klimatu. Współpracuje z Uniwersytetem Islandzkim w Reykjaviku, gdzie bada emisje gazów cieplarnianych związane ze stylami życia mieszkańców miast. Współpracuje z samorządami w Polsce w dziedzinie planowania przestrzennego, mobilności i konsultacji społecznych.