„Nie lubię mówić, że ludzie migrują, bo zmienia się klimat. Uważam, że to narracja, która oddala nas od szukania rozwiązań i skutecznego zarządzania tym procesem. Jest mi dużo bliższe stwierdzenie, że ludzie migrują, ponieważ warunki środowiska przyrodniczego w tym czy innym miejscu nie pozwalają na względnie godne życie.” – mówi w wywiadzie dla „Nauki o klimacie” dr Karolina Sobczak-Szelc, która od lat bada przyczyny migracji na całym świecie.

Szymon Bujalski: Z pani badań i doświadczeń wynika, że proces migracji został gdzieś dobrze przeprowadzony?
Dr Karolina Sobczak-Szelc: To nie jest pytanie wyłącznie o „gdzie”. Jeżeli spojrzymy na Polskę sprzed dekady, to zobaczymy, że byliśmy społeczeństwem dużo bardziej otwartym na osoby przyjeżdżające i dużo bardziej ciekawym. Kiedy narracja w dyskursie publicznym, w tym politycznym, zaczęła się zmieniać, nastawienie społeczne również uległo zmianie.
Chodzi więc zarówno o miejsce, jak i o czas. I dotyczy to nie tylko krajów przyjmujących, ale i aspiracji oraz możliwości przyjazdu.
Dokąd uciekają migranci? Inny kontynent to ostateczność
To znaczy?
Jeżeli jakaś osoba decyduje się wyjechać ze swojego miejsca pochodzenia, to na początku podróży rzadko kiedy myśli o tym, żeby wyjechać gdzieś bardzo daleko. W pierwszej kolejności często myśli o pobliskiej wiosce, miasteczku czy mieście.
Taka osoba po przyjeździe próbuje zaspokoić swoje potrzeby, z którymi wyjeżdżała. Jeżeli je spełni, zostanie w nowym miejscu. Jeżeli nie, to po jakimś czasie zaczyna myśleć, co dalej. „Gdzie jestem w stanie znaleźć pracę?” „Gdzie mogę utrzymać lub wesprzeć rodzinę, która została w domu?” „Co mogę zrobić, żeby to osiągnąć?”
Przy rozważaniu wyjazdu zagranicę pojawiają się kolejne trudne pytania – jak chociażby o to, czy taka osoba w ogóle może dostać paszport. Jej możliwości wyjazdu zależą zaś m.in. od finansów, wieku i przynależności do grupy społecznej.
Jeżeli możliwości legalnej migracji nie ma, dopiero wtedy może się zdarzyć (choć nie zawsze), że taka osoba zdecyduje się na ścieżkę nielegalną. Będzie płynąć łodzią przez morze, jechać nielegalnymi trasami przez Saharę itp.
Czyli migracja z jednego kontynentu na drugi to opcja ostatniego, a nie pierwszego wyboru?
Według danych Internal Displacement Monitoring Centre (IDMC) zdecydowana większość przemieszczeń ma charakter wewnętrzny, a migracje międzykontynentalne stanowią niewielki odsetek. Katastrofy związane z klimatem generują też co roku więcej przemieszczeń niż konflikty. Z drugiej strony konflikty generują długotrwałe przesiedlenia, a w sytuacji katastrof osoby nimi dotknięte zazwyczaj stosunkowo szybko wracają, aby zacząć układać życie na nowo.
Jak duży wpływ na migracje ma zmiana klimatu i wywoływane przez nią coraz częściej klęski żywiołowe?
Migracje tym wywołane są przede wszystkim wewnętrzne. Bardzo często osoby, które mają taką możliwość, wracają do wcześniejszego miejsca zamieszkania.
Jednocześnie warto podkreślić coś, co często w takich historiach umyka: zdecydowana większość osób z różnych powodów w ogóle nie migruje. Pozostają w miejscu katastrofy, bo nie mają możliwości finansowych, zdrowotnych czy fizycznych, aby wyjechać. Niejednokrotnie mają też zobowiązania wobec osób, którymi się opiekują.
Nie jest więc tak, że gdy coś się dzieje, to nagle wszyscy wyjeżdżają. Po prostu część wyjeżdża, a większość zostaje. Ci pierwsi zazwyczaj w pierwszej kolejności wyjeżdżają do najbliższego bezpiecznego miejsca.
Jak duża jest skala przesiedleń?
W 2024 r. z powodu różnego rodzaju zmian środowiskowych odnotowano prawie 46 milionów przesiedleń (co nie znaczy, że osób przesiedlonych). W 2023 r. liczba przesiedleń związanych z konfliktami wynosiła 20,5 miliona, a związanych z katastrofami – 26,8 miliona.

Osobną sprawą jest to, ile osób na koniec roku wciąż przebywa w miejscu przesiedlenia. I tak w przypadku konfliktów zbrojnych mówimy o 68 milionach osób, a w przypadku katastrof – o 7,6 miliona (do statystyki tej zaliczają się też osoby przesiedlone we wcześniejszych latach, które nie powróciły do dawnego miejsca zamieszkania).
Wniosek jest więc prosty: jak jest wojna, to raczej się nie wraca, a jak nadejdzie katastrofa, to się wraca.
Powiedziałabym inaczej: jak jest katastrofa, to wraca się zazwyczaj szybciej, bo częściej jest taka możliwość. Jest to po prostu bezpieczniejsze niż w przypadku wojny.
Chęć powrotu jest tym bardziej zrozumiała, że w miejscu, do którego zostało się przesiedlonym, często trudno o odpowiednie warunki. W krajach Globalnego Południa ucieczka po trzęsieniu ziemi, tsunami czy huraganie polega najczęściej na ucieczce do miejsc schronienia: rządowych budynków, szkół itp. Ponieważ uciekają tam wszyscy, zagęszczenie osób jest bardzo duże. Dostęp do środków higieny czy edukacji jest utrudniony. Pojawiają się też nadużycia na tle seksualnym. Choć ludzie znajdują schronienie, nie oznacza to więc, że mają zapewnione godne warunki.
Poza tym za sobą zostawili cały swój dobytek, w tym zwierzęta, których do schronów wziąć nie można. Jeżeli jakaś rodzina została przesiedlona w ramach ewakuacji przed potencjalnym wybuchem wulkanu, to ktoś z członków gospodarstwa codziennie wraca do domu, żeby nakarmić zwierzęta, doprowadzić wodę na pole. Ma się nadzieję, że nawet jak wulkan wybuchnie, to lawa popłynie w inną stronę, więc o zwierzęta trzeba zadbać.
Pomoc po katastrofach naturalnych a nierówności społeczne
Warto mieć przy tym na uwadze, że nie każdy ma równą szansę, by wrócić do miejsca zamieszkania – i nie chodzi mi wcale o to, w jakim stanie znajduje się budynek, w którym dana osoba mieszkała.
A o co?
Gdy w 2017 r. w Nepalu doszło do silnego trzęsienia ziemi, wiele budynków uległo zniszczeniu. Z relacji w mediach można było odnieść wrażenie, że ludzie szybko otrzymali pomoc, w tym tę zagraniczną. Ale nie do końca tak było. Docierająca pomoc – czy to finansowa, czy jakakolwiek inna, czy to lokalna, czy od organizacji międzynarodowych – kierowana była często w pierwszej kolejności do osób, które najlepiej rokowały, jeżeli chodzi o odbudowę lokalnej gospodarki. Jeżeli ktoś wcześniej prowadził jakiś sklep lub miał mikroprzedsiębiorstwo, to otrzymywał pomoc jako pierwszy. Samotna kobieta z dwójką dzieci często takiej pomocy nie otrzymywała, choć była w dużo gorszej sytuacji. To w praktyce przekłada się na jeszcze trudniejsze warunki do życia.

Podobne przypadki mają miejsce również w krajach Globalnej Północy. Przykładem może być to, co stało się w Stanach Zjednoczonych po huraganie Katrina, który 20 lat temu uderzył w Nowy Orlean. Różnice społeczne były tam wyraźnie zauważalne jeszcze przed huraganem. Część osób miała ubezpieczone domy, inni nie. Ludność afroamerykańska rzadziej je posiadała. Mieszkała za to w miejscach tworzonych w ramach pomocy społecznej lub przy wykorzystaniu tanich rozwiązań. Władze były krytykowane za niewystarczającą reakcję, w efekcie społeczność nierówno powracała do Nowego Orleanu. Ludność afroamerykańska w dużej części nie powróciła, bo nie miała na to środków, a do tego utraciła zaufanie do władzy. Wrócili ci, którzy byli zamożniejsi i mogli się łatwiej, szybciej odbudować. A w miejsce uboższych napłynęła ludność latynoamerykańska, która pracowała przy odbudowie Nowego Orleanu.
Migracja jako element adaptacji do zmian klimatu
Badała pani migrację m.in. w Tunezji, Maroku, Tanzanii, Peru, Wenezueli, Bangladeszu. Czy z tych różnych miejsc i perspektyw można wyciągnąć pewne uniwersalne prawdy? Coś się wszędzie powtarza, sprawdza, jest problemem?
Jedyną ogólną prawdą jest to, że migracje są kształtowane przez złożoność czynników. Dotyczy to zarówno elementów wpływających na trudną sytuację w danym miejscu, jak i chęć oraz realną możliwość migracji. By to zobrazować, posłużę się trzema przykładami.
Pierwszy to historia oazy Mhamid w południowym Maroku, która ponosi konsekwencje zmian środowiskowych związanych m.in. z inwestycjami infrastrukturalnymi (np. energetycznymi). W ciągu 20 lat ludność zmniejszyła się o połowę, z 10 do 5 tys. osób. Stało się tak, bo budowa tamy zmieniła przepływ wody i obniżyła poziom wód gruntowych. Na to wszystko nałożyły się kryzysy: Arabska Wiosna, covid, kryzys ekonomiczny. To wszystko wpłynęło też na turystykę, która wyraźnie podupadła. A że dodatkowo w miejscu tym nie było wielu alternatywnych możliwości rozwoju, to ludzie zaczęli migrować.
Z kolei Tunezja mocno korzysta z wód subartezyjskich. Oznacza to, że aby się do nich dostać, potrzebne są pompy, które czasami mogą sięgać głębokości 250 czy 300 m. Wymaga to więc inwestowania przez władze w dodatkowe odwierty, które zapewnią możliwość nawadniania pól. Ale z drugiej strony są też gospodarstwa, które mają dodatkowe źródła dochodów, m.in. właśnie z migracji członków rodziny. W związku z tym mają możliwość inwestowania samodzielnego lub we współpracy z sąsiadami – czy to właśnie w nowy odwiert, czy w pompę, czy w budowę tuneli na uprawy.

Trzecim przykładem może być bardzo intensywna migracja między Tunezją a Francją. W tamtejszej części Afryki również są problemy z dostępem do wody, ale ze względu na to, że wiele osób wyjechało i zostało we Francji, to w pewnym zakresie zostały one złagodzone. Co więcej, część opuszczonych terenów uprawnych jest teraz dzielona i przeznaczana pod budowę domów, w których mają zamieszkać wracający w te regiony emeryci. Rolnictwo zastępuje więc budownictwo, co znacząco zmienia zapotrzebowanie na wodę.
W Tunezji badałam ogólnie trzy oazy i przyznam, że w każdej z nich kontekst migracyjny był zupełnie inny. Różnice robiło połączenie tego zjawiska ze stanem środowiska, sytuacją społeczno-ekonomiczną itp. Z pewnością migracja jest jednak elementem adaptacji do zmian klimatu i ograniczeń środowiska przyrodniczego. Przeprowadzane przeze mnie badania pokazują, że gospodarstwa domowe, których członek migrował, miały większą zdolność do podejmowania bardziej ryzykownych inwestycji, które mogły przynieść większy dochód. Miały też możliwość inwestowania w dodatkowe źródła nawadniania – na przykład w wykopanie głębszych studni, w systemy nawadniania kropelkowego lub w panele słoneczne, dzięki którym pompy mogą wydobywać wodę z większej głębokości.
Dlaczego pojęcie „migracje klimatyczne” bywa mylące?
Czy z pani badań i obserwacji wynika, że osoby migrujące zdają sobie sprawę, że muszą migrować przez zmianę klimatu? Czy też postrzegają to w zupełnie innych kategoriach?
Skoro pan mnie o to pyta, to muszę przyznać jasno: nie lubię mówić, że ludzie migrują, bo zmienia się klimat. Uważam, że to narracja, która oddala nas od szukania rozwiązań i skutecznego zarządzania tym procesem. Jest mi dużo bliższe stwierdzenie, że ludzie migrują, ponieważ warunki środowiska przyrodniczego w tym czy innym miejscu nie pozwalają na względnie godne życie.
Dlaczego to tak ważne rozróżnienie?
Bo to właśnie szerzej rozumiana zmiana warunków środowiska przyrodniczego, a nie wyłącznie klimatu, powoduje pogorszenie się jakości życia ludzi bądź po prostu zagrożenie dla ich życia. Klimat jest elementem środowiska przyrodniczego, więc go tutaj nie dyskwalifikuję, ale zmiany w środowisku przyrodniczym mogą być skutkiem zmiany klimatu lub też wynikać z innych form działalności człowieka bądź być przez nie nasilane.
Jeżeli nazwiemy te zmiany konkretnie – brak wody, zasolenie gleby, choroba roślin, przeciągająca się susza – jesteśmy w stanie dużo łatwiej znaleźć lokalne rozwiązania. Kiedy mówimy, że jest to zmiana klimatu, to jest ujęcie zbyt ogólne, żebyśmy mogli znaleźć rozwiązania i skutecznie zarządzić tym procesem.
Czuję się przekonany. Czy ludzie zdają więc sobie sprawę, że zmiana klimatu jest czynnikiem wpływającym na pogorszenie warunków przyrodniczych, w których żyją?

W trakcie badań rozmawiałam z ludźmi żyjącymi w Dolinie Dades w Maroku. Część z nich mówiła mi: ponieważ pogorszył się klimat, to nasze pola zalewa w czasie powodzi, które stały się silniejsze. A dlaczego tak mówili? Bo przyjechali do nich działacze międzynarodowych bądź lokalnych organizacji i tak im powiedzieli. A jaka jest prawda?
Domyślam się, że inna…
Prawda jest taka, że to sytuacja dużo bardziej złożona. Ludność w tamtym regionie funkcjonowała od dawna i m.in. uprawiała pola. W latach 50. i 60 XX w. odnotowano jednak gwałtowny wzrost liczby ludności. Doprowadziło to do większej presji na środowisko przyrodnicze, które nagle musiało zacząć dostarczać o wiele więcej zasobów: i na potrzeby żywności, i na potrzeby generowania dochodów z rolnictwa. Jeżeli mamy ograniczoną powierzchnię upraw, a ludności jest więcej, to automatycznie staramy się tę powierzchnię pól zwiększyć. Co więc zrobiono? Uregulowano rzekę, która naturalnie meandrowała. Jej wyprostowanie przyspieszyło przepływ wody podczas powodzi – siła wody stała się większa, wezbranie groźniejsze, a woda łatwiej wylewa się z koryta.
Ale na tym nie koniec. Kulturowo chleb w tym regionie wypiekany jest w piecach, które nie są zasilane gazem czy prądem, lecz opałem zbieranym w okolicznych górach. Zazwyczaj opał ten zbierają kobiety, które wychodzą o 4 czy 5 rano, by wycinać i zbierać suche krzewy. Mimo że są suche, to jednak ich korzenie pomagają utrzymać wodę w glebie, a same krzewy utrzymują materiał na stokach.
Kiedy rzeczywiście dochodzi do zmian w nasileniu opadów i skraca się sezon z pokrywą śnieżną, przez brak tych krzewów materiał ze stoków osuwa się szybciej. Z kolei przez to, że rzeka jest uregulowana, nie ma miejsca, aby ilość wody, która kiedyś się w niej mieściła, mogła rozlewać się w bardziej naturalny sposób. I nawet tama, która została wybudowana, żeby tę wodę utrzymywać, stosunkowo szybko wypełniła się grubszym materiałem naniesionym z gór. On po prostu stoczył się i wypełnił zbiornik, który w efekcie przestał spełniać swoją rolę.
Oczywiście można więc mówić, że to przez gorsze warunki klimatyczne i część mieszkańców pewnie wciąż będzie powtarzać, że to przez klimat. Jak jednak widać proces, który tam zachodzi, jest dużo bardziej złożony.
Dr Karolina Sobczak-Szelc – badaczka specjalizująca się w problematyce migracji. Pracuje w Ośrodku Badań nad Migracjami na Uniwersytecie Warszawskim.
Fajnie, że tu jesteś. Mamy nadzieję, że nasz artykuł pomógł Ci poszerzyć lub ugruntować wiedzę.
Nie wiem, czy wiesz, ale naukaoklimacie.pl to projekt non-profit. Tworzymy go my, czyli ludzie, którzy chcą dzielić się wiedzą i pomagać w zrozumieniu zmian klimatu. Taki projekt to dla nas duża radość i satysfakcja. Ale też regularne koszty. Jeśli chcesz pomóc w utrzymaniu i rozwoju strony, przekaż nam darowiznę w dowolnej wysokości