O wyprawie badawczej, której celem było badanie andyjskich lodowców, oraz kryzysie wodnym w Boliwii, gościnnie pisze u nas dr Jakub Małecki z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, autor bloga Glacjoblogia.

 

Rysunek 1: Miasto El Alto przecina rzeka zasilana topnieniem lodowców. Na horyzoncie w tle od lewej masywy górskie Huayna Potosi i Chacaltaya. CC0.

La Paz, El Alto, Boliwia – Wychodząc z samolotu na dzień dobry dostaję pięścią w przeponę. Lotnisko w El Alto jest najwyżej położonym międzynarodowym portem lotniczym na świecie, leżącym 4200 m nad poziomem morza – ciśnienie powietrza wynosi tu więc zaledwie ok. 650 hektopaskali i trudno złapać pełny oddech. Przyleciałem tu jako opiekun naukowy grupy geo-studentów Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Ledwo oddycham, a już za trzy dni będziemy prowadzić badania jeszcze wyżej, przy jednym z andyjskich lodowców.

Siedziba rządu Boliwii, najuboższego kraju Ameryki Południowej, położona jest wyjątkowo. Jej górna część, a właściwie osobne miasto El Alto, znajduje się na wielkim, chłodnym płaskowyżu Altiplano. El Alto kończy się od wschodu skalnym klifem, poniżej stóp którego zaczyna się La Paz, starsze, lepiej rozwinięte i położone w dolinie kilkaset metrów niżej. W obu tych połączonych miastach mieszka razem tyle osób, co w Warszawie. Dwa miliony twardych ludzi zdanych na łaskę najważniejszego żywiołu – wody. A jest to w tym regionie towar deficytowy.

Dostępność wody dyktują tu nieubłagane warunki przyrodnicze, a przede wszystkim opady. Pory roku w tropikach to nie typowy znany nam w Polsce czteropak zmian temperatury od wiosny do zimy, a raczej zero-jedynkowe fluktuacje wilgotności pór suchej i deszczowej, stąd na Altiplano przez większą część roku niemal nie pada. Drugim czynnikiem jest lód. Mimo że metropolia La Paz znajduje się względnie blisko równika, można tu spotkać wieloletnie śniegi i jęzory lodowców, bo od wschodu i północy ponad miasto wybijają się góry Cordillera Real. Niektóre szczyty przekraczają 6000 m n.p.m., a wśród najbardziej znanych masywów znajdują się m.in. Huayna Potosi, Charquini, Chacaltaya oraz ich królowa – Illimani.

Obecność lodowców w górach umożliwia stabilną podaż wody roztopowej, która czasami podczas susz może stanowić ok. 90% całych dostępnych wówczas zasobów (Buytaert i in. 2017). Zmiana klimatu sprawia jednak, że powierzchnia lodowców spada na łeb na szyję. Do niedawna coraz mniejsze lodowce nadrabiały produkcję wody coraz silniejszym topnieniem (Soruco i in. 2015), ale taka sytuacja nie jest możliwa do utrzymania na dłuższą metę. 

Stary lodowiec na młodej górze

Po trzech dniach rozpoczynamy naszą wyprawę badawczą i docieramy do stóp masywu Huayna Potosi (6088 m n.p.m.), co w języku Aymara oznacza „młodą górę”. To miejsce popularne wśród wspinaczy, dzięki czemu znajduje się tu schronisko, rzadkość w tutejszych górach. Położone jest na wysokości 4800 m n.p.m., więc po wyjściu z samochodu nieco plączą mi się nogi, co najmniej jakbym chwilę wcześniej wychylił dwie „małpki”. Blisko stąd do jednego z zaledwie kilku dobrze zbadanych lodowców tropikalnych. W literaturze naukowej ten dość duży jak na tę okolicę lodowiec nazywany jest Zongo, ale miejscowi, chyba ironicznie w stosunku do nazwy góry, nazywają go Glaciar Viejo – „stary lodowiec”. Obecnie lodowiec znajduje się pod ścisłą obserwacją glacjologów z  La Paz i Francji, którzy mierzą jego topnienie, mikroklimat i hydrologię. Na jego przykładzie badacze poznają procesy sterujące życiem tropikalnych lodowców Andów.

Rysunek 2: Lodowiec Zongo spływa spod szczytu Huayna Potosi (6088 m n.p.m.). Autor: Jakub Małecki.

Wyniki blisko trzydziestu lat prac dokumentują, jak Zongo reaguje na zmiany klimatyczne. Ogromną wagę w procesie topnienia odgrywa tu słońce, które świeci blisko zenitu przez cały rok. W związku z tym, obecność jasnej pokrywy śnieżnej chroni lodowiec przed wysokimi dawkami energii, bo odbija ona lwią część promieniowania. Ilość śniegu spadająca na lodowiec jest więc dla niego niezmiernie ważna i w znacznej mierze sterowana przez cykle oceaniczne El Niño i La Niña. Te dwie przeciwstawne anomalie temperatury sąsiedniego Oceanu Spokojnego występują co kilka lat i zaburzają normalne cykle opadowe. W nisko położonych strefach powodują odpowiednio ich wzrost i spadek (Ronhall i Gallaire 2006), ale na Altiplano i wyżej w Andach zależność ta się odwraca. Z tego powodu, w czasie El Niño lokalne lodowce cierpią z powodu ograniczonej akumulacji śniegu i wysokiej temperatury, natomiast podczas La Niña mogą się nawet nieco odbudować ze względu na chłód i wzmożone opady (Wagnon i in. 2001). Na te lokalne uwarunkowania nakładają się globalne i regionalne ocieplenie klimatu, które w wysokich partiach Andów jest szybsze niż w obszarach położonych niżej, co długofalowo wzmaga topnienie. 

Wieloletni bilans masy lodowca Zongo jest w efekcie ujemny – traci więcej lodu, niż zyskuje z opadów śniegu. W ciągu typowego roku chudnie średnio o jakieś pół metra grubości (Soruco i in. 2009) i wycofuje swój jęzor w górę doliny o długość jednego autobusu przegubowego (Pelto, 2015). Jeśli emisja dwutlenku węgla do atmosfery nadal będzie rosła, do roku 2050 objętość lodowca może spaść o ok. 50%, a do roku 2100 niemal do zera (Reveillet i in. 2015). W podobnej sytuacji są pozostałe lodowce Boliwii, których topnienie jest szczególnie szybkie od lat 1980., od kiedy ich łączna powierzchnia spadła o ponad 40% (Cook i in. 2016). Przyczyn tego procesu badacze upatrują w rosnącej temperaturze powietrza oraz, prawdopodobnie, redukcji opadów (Rabatel i in. 2013), w tym przede wszystkim śnieżnych. Potencjalny zanik Zongo w jakimś stopniu może przełożyć się na produkcję prądu dla okolicy, bo lodowiec zasila w wodę zbiornik jednej z hydroelektrowni leżącej tuż poniżej naszego schroniska (Wagnon i in. 1999). W trakcie naszej wyprawy we wrześniu 2016 roku, gdy w mieście wysychają krany, poziom wody w zbiorniku jest kilkanaście metrów poniżej normy.

Morenowa uczta dla koneserów

Celem naszej ekspedycji nie jest jednak Zongo, lecz znacznie mniejszy od niego lodowiec położony na południowym stoku sąsiedniego masywu Charquini. W połowie XVII wieku, gdy w Polsce trwał Potop Szwedzki, spod szczytu Charquini (5392 m n.p.m.) spływały promieniście pokaźne lodowce, których do dziś ostała się tylko resztka (Rabatel i in. 2008). Nasz lodowiec nie jest wyjątkiem. Do tej pory przetrwał tylko jego najwyżej położony fragment o szerokości 900 metrów i długości 400 metrów. To zaledwie ćwierć jego dawnej wielkości.

Rysunek 3: Studenci UAM na tle lodowca Charquini. Autor: Tomasz Kurczaba, za zgodą.

Lodowiec Charquini jest jednym z trzech ostatnich, które zasilają największe jezioro w okolicy – Lago Milluni – ale prawdopodobnie za parę dekad wszystkie trzy znikną. W rezultacie mieszkańcy La Paz mogą bezpośrednio obserwować postępujący kryzys klimatyczny. Odczuwają też na własnej skórze jego skutki. Dopóki mogą, cieszą się ostatnim łatwo dostępnym kawałkiem lodu w okolicy i przyjeżdżają pod Charquini gdy tylko spadnie śnieg, aby pojeździć na snowboardzie i ulepić bałwana. Do połowy lat 1990., w czasach gdy poza miastem prąd był dobrem jeszcze rzadszym niż dziś, wykorzystywali lodowiec także jako źródło lodu do przechowywania żywności.

Kilka kilometrów całkiem dobrej drogi ze schroniska pod Charquini wykańcza mnie fizycznie, bo nie zaaklimatyzowałem się do wysokości. Na poprawę samopoczucia na miejscu zastajemy ucztę dla koneserów – piękne sekwencje piaszczystych moren czołowych zbudowanych w czasach dawnego narastania lodowca. Przez tydzień mapujemy moreny oraz analizujemy znalezione tu kamienie i piach, ponieważ zawierają w sobie pamięć o kluczowych dla krajobrazu wydarzeniach z ostatnich kilku wieków.

Wyniki naszej pracy opublikujemy półtora roku później w szanowanym międzynarodowym czasopiśmie naukowym Earth Surface Processes and Landforms (Małecki i in. 2018). Dojdziemy do wniosku, że począwszy od końcówki XVII wieku przez kolejnych 150 lat lodowiec Charquini pulsował w rytm fluktuacji klimatycznych, robiąc dwa kroki do tyłu, ale jeden do przodu. Jednak od 200 lat nie było żadnego wyraźnego kroku naprzód, co świadczy o jego pogarszającym się stanie. Sondowania radarowe i pomiary topnienia zespołu boliwijsko-francuskiego sugerują, że lodowiec może zniknąć całkowicie w ciągu kolejnych dwóch – trzech dekad, ponieważ jego średnia grubość to dziś już tylko ok. 20 metrów.

Narty w chmurach

Po kilku dniach odpoczynku w mieście i podróży po kraju, ostatni dzień pobytu w Boliwii chcę znów spędzić w górach. Jadę taksówką na Chacaltaya, gdzie jeszcze niedawno znajdował się najwyżej położony wyciąg narciarski na świecie.

Na szczyt góry na wysokości 5300 m n.p.m. prowadzi kamienista ścieżka, ludzi prawie nie ma. Wejście na wierzchołek zajmuje dłuższą chwilę, bo zadyszka łapie mnie po każdych kilku krokach. W końcu docieram na miejsce. Jestem pół kilometra wyżej niż Mont Blanc, ale w odróżnieniu od Alp nie ma tu już śniegu, ani tym bardziej lodu. Lodowiec Chacaltaya, po którym jeszcze kilkanaście lat wcześniej zjeżdżały na nartach rodziny z dziećmi, całkowicie się roztopił. Nawet w swoich najlepszych czasach miał tylko półtora kilometra długości, ale jeszcze w latach 1980. jakoś się trzymał. Potem jednak topnienie przyspieszyło i w 2009 roku rozpłynęły się jego ostatnie skrawki (Ramirez i in., 2001). Ośrodek narciarski zamknięto raz na zawsze, a z broszur reklamowych zniknęła unikalna atrakcja turystyczna regionu. Infrastruktura stokowa popada teraz w ruinę. Zardzewiałe elementy wyciągu wtapiają się w krajobraz rudawych skał.

Rysunek 4: Wyciąg narciarski na pozostałościach lodowca Chacaltaya w 2005 i 2016 roku. Autor (2005): Thomas Wilken/Ixitixel/Wikimedia Commons/CC BY-SA-3.0; (2016) Jakub Małecki.

Śmierć liczącego sobie kilkanaście tysięcy lat lodowca Chacaltaya przykuła swego czasu uwagę mediów na całym świecie i stała się na dłuższą chwilę ikoną zmiany klimatu. Ale, obiektywnie patrząc, nie była to śmierć wyjątkowa. Zdecydowana większość lodowców w Boliwii to maluchy, z których wiele także już zniknęło – sam szczyt, na którym teraz stoję, dawno temu otoczony był lodowcami z każdej możliwej strony. Jednak dopiero zanik tego lodowca, na wskroś typowego dla regionu, lecz służącego rozrywce i rekreacji, trafił na okładki i ożywił dyskusję o przyszłości lodu w Andach.

Susza

Lokalna społeczność, szczególnie rolnicza, już od dawna odczuwa hydrologiczne skutki topnienia śniegu i lodu, które coraz bardziej ograniczają plony w trudnym, wysokogórskim środowisku. Jedną z konsekwencji susz jest ucieczka ludności wiejskiej do miasta i gwałtowny wzrost populacji El Alto. Niestety miasto nie jest gotowe na przyjęcie choćby części migrantów, bo nawet dziś wiele gospodarstw domowych wciąż pozbawionych jest wody, prądu, czy nowoczesnego ogrzewania. Biorąc pod uwagę przewidywany rozwój demograficzny miasta zapotrzebowanie na wodę w ciągu najbliższych kilkunastu lat może wzrosnąć o 15-53% (Kinouchi i in. 2019). W kontekście kurczących się zasobów wodnych zagwarantowanie mieszkańcom odpowiedniej ilości czystej wody będzie trudne, więc El Alto może stać się pułapką dla ludzi poszukujących lepszego życia

Niespełna dwa miesiące po zakończeniu naszej wyprawy, w listopadzie 2016 roku rząd Boliwii wprowadził stan wyjątkowy. Kraj cierpiał przez najgorszą suszę od 25 lat, która zaczęła się pod koniec 2015 roku. Znów wyschło całkowicie drugie największe jezioro kraju Poopó, a plony i bydło wielu rolników zostały zdziesiątkowane. Ważne zbiorniki retencyjne były wypełnione jedynie w kilku procentach, a wojsko nadzorowało racjonowanie wody. W wielu miastach Boliwii panował niepokój, sfrustrowani ludzie wychodzili na ulice. W kilku regionach rok szkolny skończył się dwa tygodnie przed planowanym terminem. Doraźnie wiercono nowe studnie.

W La Paz i El Alto racjonowanie wody z ciężarówek dotyka, według niektórych szacunków, aż 400 tysięcy ludzi. Oznacza to jeden-dwa wiadra raz na kilka dni dla rodziny. Ich zawartość czasem jest cuchnąca i żółta i taką wodę muszą pić niektórzy mieszkańcy. Pozostali odzyskują wodę w kranach na kilka-kilkanaście godzin, po czym znowu wysychają one na całe dni lub nawet tygodnie. W El Alto grupa aktywistów uprowadza wysokich rangą pracowników firm dystrybuujących wodę i ministerstwa wody, aby wymusić na rządzie przedstawienie planów walki z kryzysem. Nawet zamieszkiwane przez krajową elitę dolne La Paz przeżywa ciężkie chwile, które dotychczas je omijały. Prezydent Boliwii Evo Morales zapowiadał duże inwestycje infrastrukturalne, aby przystosować kraj do nowych warunków środowiskowych wymuszonych zmianą klimatu. Stan wyjątkowy trwał do stycznia, ale do końca 2017 roku Boliwia zmagała się dalej ze skutkami suszy.

Przyczyn klęski żywiołowej było kilka. Po pierwsze, po porze suchej woda na Altiplano została tylko minimalnie uzupełniona przez deszcz. Prawdopodobnie miało to związek z anormalnym, rekordowo silnym zjawiskiem El Niño, które na przełomie 2015 i 2016 roku rozwinęło się na Oceanie Spokojnym. Po drugie, niemal w oczach znika okoliczny górski lód, który dawniej przez cały rok stopniowo uwalniał zgromadzoną w nim wodę. Topnienie lodowców będzie powoli ustawać, odcinając Altiplano od ostatniego źródła wody na czarną godzinę. Po trzecie, zła gospodarka wodna, w tym ogromne straty przesyłowe w nieszczelnych wodociągach, górnictwo oraz wielkie plantacje soi i trzciny cukrowej od dawna na potęgę trwonią skromny budżet wodny dużej części kraju.

Niestety, wszystko wskazuje na to, że będzie coraz gorzej. Projekcje zmian klimatu w tropikalnych Andach wyraźnie przewidują silny wzrost temperatury o kolejnych 3-5 stopni Celsjusza do końca XXI wieku z możliwym, choć niepewnym, ograniczeniem opadów (Urrutia i Vuille 2009). Istnieją też przesłanki, żeby spodziewać się coraz silniejszych zjawisk El Niño (Latif i in. 2015). W przypadku Boliwii i krajów sąsiednich sprawi to, że katastrofalne susze mogą stać się tu wkrótce nową normą. Tylko że tym razem łzy umierających lodowców już nie pomogą, bo wiele lat wcześniej ostatnie z nich spłyną do Amazonki, Pacyfiku lub jeziora Titicaca. Białe czapy na górskich szczytach ocaleją tylko w zbiorowej pamięci w ludowych pieśniach i legendach.

Rysunek 5: Lodowce Illimani, najwyższej góry Cordillera Real. Na pierwszym planie przedmieścia La Paz. Autor: EEJCC/Wikimedia Commons/CC BY-SA 4.0

Najdłużej przetrwa zapewne pokrywa lodowa na Illimani (6438 m n.p.m.), najwyższej górze Cordillera Real, świętej dla mieszkańców regionu. I być może w czasie jakiejś suszy, za 80 lat, kiedy jedynym źródłem wody w okolicy będą topniejące pozostałości jej lodowców, nieliczna grupa prawnucząt obecnych mieszkańców dalej będzie śpiewać słowa starej piosenki: ¡Illimani, Illimani, centinela tú eres de La Paz! ¡Illimani, Illimani, perla andina eres de Bolivia! (Illimani, Illimani, jesteś strażniczką La Paz! Illimani, Illimani, jesteś andyjską perłą Boliwii!).

Lecz wtedy nie będzie to już pieśń radosna.

dr Jakub Małecki (Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu)

artykuł pierwotnie ukazał się w Glacjobiologii

Opublikowano: 6 kwietnia 2021

Zasady komentowania na Nauka o klimacie

Nasza strona służy popularyzacji nauki. Chętnie odpowiadamy na pytania, ale nie akceptujemy spamu i dezinformacji.