Jakub Małecki: W Alpach możemy nie mieć lodu za kilkadziesiąt lat

Jeśli nie ograniczymy ocieplenia klimatu, nasze wnuki i prawnuki wciąż będą mogły chodzić po lodzie, ale będą musiały wyprawiać się naprawdę daleko. Być może poza koło biegunowe albo na wysokość ponad 5 tys. metrów nad poziomem morza. Żal mi tego. Każdy lodowiec jest naprawdę piękny − mówi dr Jakub Małecki, glacjolog na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu i współautor książki „Początek końca? Rozmowy o lodzie i zmianie klimatu”.

Zdjęcie: Jakub Małecki w zimowym stroju turystycznym, z plecakiem i tyczką na lodowcu – nieregularnej, białej powierzchni, w tle góry i chmury.

Rysunek 1. Jakub Małecki w środowisku naturalnym.

Szymon Bujalski: Dlaczego mam się przejmować tym, że topnieją lodowce?

Dr Jakub Małecki: Dlatego, że te lodowce w pewnym sensie chronią ciebie. Dzięki nim mamy stabilny poziom morza, a setki milionów ludzi mają co pić i czym podlewać uprawy. Lodowce i wielka pokrywa kry na oceanach polarnych odbijają też w kosmos mnóstwo energii słonecznej. Gdyby nie to, Ziemia nagrzewałaby się jeszcze szybciej niż obecnie. Więc lód to bardzo dobra rzecz. Nam wszystkim powinno zależeć na tym, by był jak najbardziej stabilny.

Ludzie na Ziemi mogą funkcjonować, jeśli tego lodu zabraknie?

Myślę, że człowiek może żyć, ale będzie miał znacznie mniej lądu, który się do tego nadaje. Jeśli stopilibyśmy wszystkie lodowce, a także lądolód Grenlandii i Antarktydy, to poziom morza zabrałby nam wszystkie tereny, które leżą poniżej blisko 70 metrów nad poziomem morza. A więc na przykład północną część Polski. Gdybyśmy stopili lód, znaczyłoby to, że jest znacznie, znacznie cieplej niż teraz, a ogromne obszary stałyby się pustynią. Nie miałyby ani opadów deszczu, ani za wiele wody gruntowej, a do tego nie miałyby zasilania w postaci rzek z lodowców. Gdyby miało nie być lodowców, nie mielibyśmy więc wielu miejsc do życia. Jakieś zapewne by się znalazły - ale co to za życie…

Arktyka, Antarktyda, Grenlandia, ponad 200 tys. lodowców na lądzie... Topnienie których miejsc jest najbardziej niepokojące? I gdzie jest najszybsze tempo?

Lodowce występują najbardziej obficie tam, gdzie mieszka najmniej ludzi, czyli w Arktyce i Antarktyce. Tego lodu jest tam naprawdę mnóstwo. To są miliony kilometrów sześciennych. Jeżeli stopnieje nam lód polarny, to nie przełoży się to bezpośrednio na dostawę wody w rzekach dla ludzi, bo mieszka tam mało osób. Ta gigantyczna pula lodu „steruje” natomiast poziomem morza.

Jeśli chodzi o tempo, to najszybciej znika niestety lód w strefach klimatycznych, w których ludzie najbardziej lubią żyć, a więc w strefach umiarkowanych. Takie lodowce są generalnie małe w stosunku do otaczających je skał. Z natury są więc dużo bardziej wrażliwe na zmianę klimatu niż wielkie lądolody Grenlandii czy Antarktydy. Jeżeli ocieplenie klimatu dalej będzie przyspieszało, w Alpach możemy już niemal nie mieć lodu do końca tego wieku. W Himalajach przetrwa może jedna trzecia. Nie będziemy mieli lodu na Kaukazie, w Skandynawii, w strefach międzyzwrotnikowych, nie licząc Alaski także w kontynentalnych Stanach.

Cały czas mówimy o końcu tego wieku?

Tak. I właśnie w tych wymienionych obszarach ludzie najbardziej polegają na lodowcach jako źródle wody, szczególnie w klimatach z suchymi porami roku. A perspektywy są dosyć mizerne. Może to więc oznaczać, że niektórzy ludzie będą mieli mniej wody do dyspozycji, co przy większej temperaturze i większym parowaniu będzie źle wpływało np. na plony.

Co się stanie, jeśli tego lodu w Alpach zabraknie?

Oczywiście nie jest tak, że lodowce w Alpach są parasolem ochronnym dla całej Europy. Woda z topniejących lodowców dociera do ludzi mieszkających wzdłuż tamtejszych rzek, na przykład Rodanu. Ale te rzeki mają też swoje inne dopływy i źródła zasilania, więc nie wyschłyby zupełnie. Problem leży raczej w tym, że w przypadku Europy mogą mieć wyraźnie mniej wody niż teraz i spadłby poziom wód gruntowych, co przy rosnącym zapotrzebowaniu na produkty rolnicze może sprawić, że np. cena wina, oliwek czy serów może wzrosnąć. W przypadku Alp ważne jest też to, że przy topnieniu lodowce destabilizują się, odrywają od podłoża i mogą obsuwać. Stanowią więc realne zagrożenie dla turystyki i lokalnych społeczności.

A gdzie topniejące lodowce stanowią największe zagrożenie dla życia? W najtrudniejszej sytuacji są mieszkańcy Azji z okolic Himalajów?

Generalnie największe zagrożenie jest tam, gdzie góry są geologicznie młode, wciąż aktywne sejsmicznie, gdzie procesy górotwórcze nadal trwają w najlepsze i dochodzi do różnych wstrząsów. W takich warunkach może dochodzić do bardzo niebezpiecznych wydarzeń, jak chociażby to, które miało miejsce kilka miesięcy temu w Indiach w stanie Uttarakhand. Doszło tam do obsunięcia się bardzo stromo zawieszonego lodowca razem z warstwą skał. Ta wielka masa, miliony metrów sześciennych, runęła na dno doliny, spadając prawie pionowo niemal 3 tys. metrów. Co więcej, pod dnem doliny był zagrzebany jeszcze stary lód z innego lodowca. Energia uderzenia upłynniła lód i rumosz do postaci błota, wywołując gigantyczną falę powodziową, która zdewastowała dwie elektrownie wodne, tamę i jej całą infrastrukturę, zerwała mnóstwo mostów, zabiła ponad 100 osób. To tylko jeden z przejawów tego, że topniejące lodowce mogą być niebezpieczne. Ale nie jedyny.

 Zdjęcia: Uttarakhand przed i po katastrofie. Widoczny teren górski z doliną, na drugim zdjęciu widać warstwę nowego materiału skalnego na dnie doliny.

Rysunek 2.  Porównanie zdjęć satelitarnych NASA nałożonych na trójwymiarowy model podłoża w regionie Uttarakhand w Indiach przed i po obsunięciu lodu i skał na początku 2021. Ilustrację zamieszczamy dzięki uprzejmości NASA.

Oprócz tego przed wycofującymi swoje krawędzie lodowcami w takich górach jak Andy czy Himalaje pojawiają się czasem ogromne jeziora, które są otoczone z trzech stron wałem gruzowo-lodowym – tak zwaną moreną czołową i morenami bocznymi. Na samym końcu takiego jeziora jest czoło lodowca. Jeżeli ono się wycofuje, całe jezioro się powiększa, przez co czasami może rozerwać „tamę” z gruzu i lodu i cała woda z jeziora może spłynąć. To tzw. GLOF, czyli Glacier Lake Outburst Flood. Taka powódź związana z przylodowcowymi jeziorami też potrafi zabić wielu ludzi. To jeden z ważniejszych kierunków obecnych badań w glacjologii. Zwłaszcza w Himalajach i Andach, gdzie tego typu problemy są największe.

Jak to wygląda z perspektywy Polski? Jak topnienie lodu na północy czy południu wpłynie na nasz kraj?

W Polsce nie ma żadnego lodowca, jedynie maleńkie śnieżniki w Tatrach. Niemniej Polska będzie cierpieć pośrednio, jeśli tempo topnienia lodowców utrzyma się albo będzie szybsze. Wtedy odczujemy to poprzez wzrost poziomu wody w Bałtyku, który jest mierzalny i o którym wiemy od bardzo dawna. Obecne tempo wzrostu poziomu wód w Bałtyku to w zależności od stacji 2-4 mm rocznie, co jest bliskie średniej globalnej 3-4 mm na rok. Na razie nie widać wielu niepokojących sygnałów. Nie widzimy, że poziom Bałtyku rośnie pomiędzy naszymi kolejnymi odwiedzinami zimą czy latem w Kołobrzegu czy Mielnie, ale to się faktycznie dzieje. Wyobrażam sobie, że za około 50 lat, kiedy poziom Morza Bałtyckiego będzie np. o 30 cm wyższy niż dzisiaj, to przyjdzie w końcu taki sztorm i taki niekorzystny układ pogodowy, który dodatkowo spiętrzy Bałtyk, że zaleje nam gdańską starówkę. Albo woda będzie się przelewać przez Półwysep Helski, który w końcu stanie się wyspą. Albo że dojdzie do przerwania jakichś wałów i woda podtopi częściowo Żuławy. Czy te obszary będą stale zalane, czy tylko sezonowo przy niekorzystnym układzie pogodowym? Wyobrażam sobie, że pewnie to drugie, że nie będzie to raczej potop, który zabierze nam je na stałe. Niemniej zalewanie raz po raz tego czy tamtego obszaru będzie powodowało coraz większe szkody i stopniowe wyłączanie terenów z użytkowania. Będzie się trzeba przed tym chronić, będzie trzeba temu zapobiegać. Przed tym nie uciekniemy.

Od kiedy wzrost poziomu morza ma miejsce?

Mamy w miarę dobre rozpoznanie, bo na całym świecie od dawna funkcjonują wodowskazy. Ten wzrost ma miejsce od ostatnich 100-120 lat, może nawet nieco dłużej. Przy czym pamiętajmy, że poziom Wszechoceanu nie jest stały, jednolity. Poziom mórz zmienia się w zależności od miejsca, anomalii grawitacyjnych, wiatrów, układów wyżów i niżów atmosferycznych. Poziom mórz jest więc bardzo zależny od stanu pogody. A do tego dochodzą procesy, w których lądy wypiętrzają się bądź obniżają. Jeśli wypiętrzają się szybciej niż rośnie poziom morza, to lokalnie może się wydawać, że poziom wody spada – i odwrotnie. Dlatego na poziom morza trzeba patrzeć z perspektywy lokalnej.

Tempo topnienia lodowców przyspiesza. Regularnie można spotkać artykuły mówiące o naukowcach, którzy są tym zszokowani...

...Clickbaitowe tytuły (uśmiech).

Clickbait? Czy jednak faktycznie to szokuje?

Najczęściej są to clickbaity. Można to przełożyć na każdą inną dziedzinę nauki. Według nagłówków naukowcy są zawsze czymś zszokowani, nie spodziewali się tego, że coś się dzieje... Ale kiedy siedzi się w jakiejś branży, jak ja w tej związanej z lodowcami, to jest się zaznajomionym z procesami nie omawianymi w szkołach, a czasem także z wielkimi liczbami. Jestem oswojony z tym, że topniejące lodowce każdego roku dostarczają do oceanów kilkaset kilometrów sześciennych dodatkowej wody, czyli setki miliardów ton. Ale zupełnie inaczej wygląda to na żywo. Gdy zobaczysz w terenie, jak realny wpływ ma przyspieszenie topnienia na same lodowce, to jest to zupełnie inna bajka.

Najczęściej prowadzę badania wokół stacji polarnej UAM (Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu) na Spitsbergenie – wyspie wielkości Belgii czy Holandii - położonej między Norwegią, a biegunem północnym. Wokół naszej stacji mamy małe lodowce podobne do tych w Alpach − długie na kilka kilometrów, szerokie na kilkaset metrów, schowane w zagłębieniach. Ponieważ są małe, bardzo wyraźnie widać, jak wysokie jest tempo topnienia, jak ogromna część lodu zabierana jest każdego lata. Jeśli mamy lodowiec długi na 3 km, a w ciągu 10 lat skrócił się o 300 m, to mamy 10 procent utraty długości. To naprawdę ogromna różnica w krajobrazie. Lodowce z natury są wielkie. Nie widzimy tego na zdjęciach, często nie potrafimy nawet ocenić tego w terenie, bo wokół lodowców nie rosną żadne drzewa, nie ma domów, samochodów czy innych obiektów, które mogłyby być skalą odniesienia dla naszej percepcji. Gdy jesteś już jednak w terenie i podchodzisz coraz bliżej do lodowca, to okazuje się, że on jest ogromny. Nawet te małe lodowce stają się wielkie. Kiedy widzę więc, że te kilka procent co roku ubywa, to czuję po prostu smutek.

Zdjęcia: lodowiec Bertil w 2009 i 2019 roku, widać podłużny jęzor lodowy między zboczami gór, na drugim zdjęciu jest krótszy.

Rysunek 3. Lodowiec Bertil (Bertilbreen) na Svalbardzie, zmiany między 2009 i 2019 r. Archiwum własne JM.

Lodowce to są moi kumple, z którymi znamy się od kilkunastu lat. Mam z nimi związane wspomnienia, czasami nawet z nimi rozmawiam. Lodowce są piękne. Są pomnikiem przyrody. Przyrody, której już nie ma, bo klimat nie pozwala na tworzenie nowych lodowców i ich rozrost. I nie będzie pozwalał. Wszystko się kurczy: lodowce górskie na całym świecie, Grenlandia, Antarktyda. Nie jest dobrze. I mnie to boli, bo lodowce naprawdę kocham.

Tempo topnienia przyspiesza. To też duża drzazga w sercu?

Przyspiesza, i to bardzo. Według pomiarów bezpośrednich gromadzonych w międzynarodowej bazie, lodowce górskie traciły w latach 70. ok. 20-30 cm warstwy. Teraz, 50 lat później, tracą średnio około metra. A są to lodowce górskie rozsiane po całym świecie, więc chodzi o całkiem reprezentatywną próbę. Pięciokrotne przyspieszenie w ciągu pięciu dekad... Jeżeli ten trend dalej się utrzyma, to za kolejne 50 lat nie będzie to 1 m rocznie, tylko 2, 3, 5. Niestety to realne, bo ilość energii w środowisku jest coraz większa, a lód jest naprawdę wrażliwy. Sam bywam zaskoczony tym, jaką różnicę w tempie topnienia daje 1 stopień więcej średniej temperatury lata. Różnica jest ogromna. 2 stopnie to już kosmiczna różnica. A więcej − 5 czy 10, jak może się wydarzyć do końca tego wieku w Arktyce – jest dla mnie nie do pomyślenia. I sami sobie to fundujemy, przyczyniając się przy tym do wzrostu poziomu morza.

Rysunek 4.: Średnie roczne zmiany masy lodowców policzone na podstawie danych dla lodowców referencyjnych (zestaw lodowców z różnych części świata, dla których obserwacje prowadzi się przynajmniej od 30 lat). Ekwiwalent wodny to jednostka pozwalająca na porównywane lodu i śniegu o różnych gęstościach – przeliczamy je na grubość warstwy wody, jaka powstałaby z ich roztopienia. Źródło: WGMS.

O ile ten poziom wzrósł już teraz i jakie są tego odczuwalne skutki?

Od początku rewolucji przemysłowej aż do teraz ten wzrost poziomu morza wynosi jakieś 20 cm. Nie jest więc to jeszcze coś, czym ludzie globalnie się martwią. Lokalnie może to się przyczyniać do intensyfikacji okresowego zalewania, a na niewielkich obszarach, jak płaskie wyspy na Pacyfiku, zamieszkujące je populacje będą musiały szukać nowego miejsca do życia. To często mogą być więc osobiste tragedie dla ludzi, ale w skali świata niewielu osobom wydaje się to jakimś realnym problemem. Natomiast do końca tego wieku możemy mieć kolejne kilkadziesiąt centymetrów wzrostu poziomu morza i będziemy już mówili o około metrowym wzroście. A to może być naprawdę duże zagrożenie dla infrastruktury, portów na całym świecie. Trzeba mieć na uwadze, że każdy centymetr wzrostu oznacza, że dalej wdzierają się fale sztormowe, że woda morska będzie coraz bliżej ludzkich siedzib. To zagrożenie dla setek milionów osób.

O jakich częściach świata mówimy? Wspomniałeś, że w jakimś stopniu zalewana może być północ Polski. A reszta planety? Wybrzeże Stanów i...?

W Miami woda wdziera się do miasta coraz szybciej. Cały czas pracują tam pompy, które wypompowują ją, jak tylko się da. Amerykanie czują więc już na własnej skórze, że wzrost poziomu morza to naprawdę zagrożenie, a słona woda wdzierająca się coraz dalej utrudnia życie i jej usuwanie jest naprawdę kosztowne. Oprócz tego mamy wielkie obszary chociażby wschodniej części Azji. Chiny w swej wschodniej części są stosunkowo płaskie, a mieszkają tam setki milionów ludzi. Wszelkie lotniska, gazoporty, inna kosztowna infrastruktura będą musiały być przeniesione gdzieś dalej. Pytanie, czy nie taniej byłoby obcinać emisje dwutlenku węgla do atmosfery niż potem płacić odszkodowania i adaptować się do nowych warunków. Wydaje mi się, że lepiej profilaktycznie działać na rzecz ochrony klimatu.

Zdjęcie: powódź w Miami, widać ulicę miasta z wysokimi budynkami, palmami i warstwą wody na jezdni i chodniku.

Rysunek 5.: Miami, 17.10.2016, podczas wysokiego przypływu woda przelewa się przez bariery i zalewa ulice w pobliżu plaży. Zdjęcie: B137 (licencja CC BY-SA 4.0)

Technologia może pomóc chronić lodowce?

Było sporo prób sztucznego ograniczania topnienia lodowców. Lodowce były na przykład przykrywane jasnym prześcieradłem, które miało odbijać promienie słoneczne i utrzymać lód w cieniu. To całkiem skuteczna metoda, bo pomaga ograniczyć topnienie lodu o warstwę metra, dwóch, a nawet trzech w ciągu lata. Problem w tym, że te prześcieradła ktoś musi dostarczyć, założyć, czyścić, ściągnąć na zimę i potem znowu zakładać. A lodowce są gigantyczne i na trudno dostępnym terenie. Prawda jest więc taka, że nie da się tego robić na dużą skalę. Można tylko punktowo. Na przykład na lodowcu, na którym lubią zjeżdżać narciarze, a któremu grozi, że spod lodu wyłoni się wielki kamień albo skała. Wtedy kładzie się „plaster” z białego prześcieradła i dzięki temu lód nie topnieje, a skała nie wychodzi. I tylko tyle można zrobić.

Inne rozwiązania?

Biały proszek rozsypywany na lodowcach. Jest krzemowy, a więc neutralny dla środowiska. I jasny, więc też może odbijać promienie słoneczne. Tego typu eksperymenty, na razie na małą skalę, były prowadzone na Alasce. Kto wie, może za jakiś czas okaże się, że jest to dobry i ekonomicznie uzasadniony sposób na chronienie lodowców przed topnieniem. I na tym możliwości w sumie się kończą. Ze względu na to, że w większości lodowce są sterowane przede wszystkim przez klimat, to jedynym sposobem ich ochrony jest ochłodzenie klimatu. Nawet nie zahamowanie, a ochłodzenie. Oczywiście nasze emisje gazów cieplarnianych i wynikające z nich zmiany klimatu zaszły już za daleko, więc bardzo dużo lodowców jest już skazanych na zniknięcie. Nawet jeśli wzrost temperatury zatrzymałby się już jutro. Pytaniem nie jest więc czy, a raczej kiedy stopnieją całkowicie − za 10 czy 100 lat. Na wiele lodowców wyrok już zapadł.

Widziałeś kiedyś niedźwiedzie polarne?

Tak, pewnie. Przychodzą do nas każdego roku na stację. Są różne spotkania − przychodzą w nocy, walą w drzwi albo ścianę, grzebią w śmieciach. Spotykam je także w terenie, dlatego zawsze jesteśmy uzbrojeni w strzelby z ostrą amunicją. Oczywiście robimy wszystko, żeby niedźwiedziom nie przeszkadzać, bo jesteśmy gośćmi w ich domu, niemniej strzelba – kiedy niedźwiedź nie za bardzo chce odejść − czasami idzie w ruch. Wtedy po prostu strzelamy w powietrze, żeby go odstraszyć. Zawsze takie spotkania są pełne emocji, ale na szczęście potem jest mnóstwo powodów do śmiechu.

Śmiech jest na koniec. A w trakcie? Bałeś się kiedyś o życie?

Nie, bo to nie jest tak, że niedźwiedź podchodzi do ciebie na 10 metrów. Niedźwiedzie najczęściej widzimy z odległości 100, 200 metrów. Patrzymy przez lornetkę, podziwiamy, jak przeciągają się, leżąc w trawie. Zdarza się jednak, że niedźwiedź usadowi się pod stacją z czystej ciekawości. Jeden z nich był chyba głuchy i nie słyszał ani wystrzałów z karabinu, ani walenia młotkiem o pokrywkę od garnka. Żadne hałasy nie działały. Usiadł pod stacją i czekał. Chłopaki wystraszyli się, wskoczyli na dach i siedzieli tam kilka godzin, aż niedźwiedź sobie w końcu poszedł. Do niedźwiedzi zawsze podchodzę z pełnym szacunkiem, bo to cudowne zwierzęta. Nigdy nie widziałem nic tak dostojnego, jak maszerująca matka niedźwiedzia polarnego z młodymi.

Opowiedz więcej o tym, jak żyje się na Spitsbergenie. Zimno? (uśmiech)

Zaskakująco nie. Gdy jadę latem do Arktyki, to najczęściej słyszę na pożegnanie: „tylko nie zamarznij”. Ale latem w Arktyce temperatura na poziomie morza jest dodatnia – to plus 5, 10 stopni, rzadko 0. Spitsbergen jest miejscem stosunkowo ciepłym, jak na taką odległość od bieguna, bo jedna z odnóg ciepłego prądu morskiego, który ogrzewa Europę, dociera właśnie tam. W innych obszarach Arktyki latem też jest jednak generalnie około 0 stopni. Zimno robi się dopiero zimą, ale też są to zimy dość łagodne. Na Spitsbergenie coraz rzadziej temperatura spada poniżej −20 stopni, a z reguły jest to raczej –10 stopni. Nie jest to żadne −50 czy −70 stopni, jakby niektórym mogło się wydawać. Tamtejszy klimat też bardzo szybko się ociepla i to szczególnie zimą, ostatnio nawet o 2-3 stopnie na dekadę.

 Wykres: Zmiany średniej rocznej temperatury powietrza na stacji Svalbard Lufthavn. Widać wahania w zakresie kilku stopni, ale też stopniowy wzrost temperatury.

Rysunek 6. Zmiany średniej rocznej temperatury powietrza na stacji Svalbard Lufthavn (środkowy Spitsbergen). Linia pogrubiona – pięcioletnia średnia ruchoma. Źródło: Nordli i in. (2014) oraz Norweski Instytut Meteorologiczny.

Wracając do życia na Spitsbergenie, to uwielbiam tam wracać. Byłem na wyspie ze 20 razy, więc te wyprawy nie mają już dla mnie charakteru ekscytującej niewiadomej − jadę do pracy, by zrealizować projekt badawczy. Rzecz w tym, że ten Spitsbergen za każdym razem jest inny. Przy każdej wyprawie są inne przygody, ludzie, zachody słońca, jedzenie, niedźwiedzie, wieloryby w fiordzie, lisy polarne biegające wokół chatki. Mimo że pierwszy raz byłem na Spitsbergenie w 2007 r. i jeżdżę tam raz, czasami dwa, trzy razy rocznie, to wciąż te wyprawy są tym, na co najbardziej czekam w całym roku. Kiedyś jeździłem tam na dwa, trzy miesiące, teraz z powodu różnych innych obowiązków to raczej dwa, trzy tygodnie, ale wciąż to uwielbiam. To przeżycie, które zmienia punkt widzenia na wiele rzeczy. Kiedy jest się w takim terenie i trzeba polegać tylko na sobie albo swoich towarzyszach, to nabierasz pokory wobec przyrody. Wydaje mi się, że po przyjeździe z takiej wyprawy można łatwiej ocenić miejsce człowieka w przyrodzie. Dostrzec to, że człowiek jest jej częścią. Myślę, że to coś, co wiele osób wynosi z podróży na daleką północ. Kiedy człowiek zmęczy się w terenie, kiedy przejdziesz 30 km i na koniec dnia dostajesz od kucharza miskę ryżu z paczki, to smakuje ci on lepiej niż najlepsze danie w pięciogwiazdkowej restauracji w Polsce. Doceniasz wtedy małe rzeczy. Odkrywasz, że nie potrzebujesz mieć internetu ani nawet prądu, bo wystarczy świeczka na stole i to, że ktoś gra na gitarze. Bardzo wszystkim życzę, by mogli przeżyć coś takiego. Ja to przeżywam za każdym razem, gdy tam jestem.

Tak samo mocno?

Ta zmiana zaszła już we mnie jakiś czas temu. Niemniej przyjemność z wypraw i pracy jako glacjolog są tak duże, że nie zamieniłbym tego na nic innego, nawet jeśli miałbym zarabiać znacznie więcej. To porozmawiajmy trochę o tej pracy. Co przez te wszystkie lata zbadałeś?

Zajmuję się małymi lodowcami w środkowej części Spitsbergenu. To część wyspy, która jest znacznie bardziej sucha niż obszary położone bliżej wybrzeży, więc lodowce są tam mniejsze i trochę inaczej funkcjonują - otrzymują znacznie mniej śniegu zimą, a latem mogą szybciej topnieć. Te małe lodowce strasznie mnie fascynują. One są śliczne, piękne, a poza tym mają taką zaletę, że jedna osoba lub jeden mały zespół może je dobrze oprzyrządować i pomierzyć w jeden dzień i zdążyć jeszcze wrócić 10 km na kolację do bazy.

Przez lata badań monitorowałem, jak jeden z tych lodowców − mój ulubieniec Sven, mój kumpel – topnieje. Od 10 lat systematycznie mierzę, ile lodu traci każdego roku.

Zdjęcie: Jakub Małecki - selfie z lodowcem, widać pół popiersia autora i jęzor lodowca w tle.

Rysunek 7. Jakub Małecki ze Svenem. Archiwum własne JM.

Ostatni raz, gdy lodowiec zyskał odrobinkę masy − czyli pod koniec lata było na nim jeszcze ciut pozimowego śniegu − to było w 2008 r. Od tego czasu wszystkie lata to strata, strata, strata. No i przychodzi rok 2020. Mamy pandemię, nasza regularna wyprawa została anulowana. Nie mogliśmy pojechać na dwa miesiące, ale udało nam się zorganizować akcję ratunkową dla ratowania ciągu serii pomiarowych. Była to wyprawa dwóch osób − kolegi Krzysztofa Rymera, kierownika stacji, i moja. I ten rok 2020 był o tyle niesamowity, że był on absolutnie rekordowy. Strasznie mi szkoda, że nie było nas tam przez całe lato, a jedynie przez jego końcówkę, bo temperatury na Spitsbergenie przechodziły wszelkie pojęcie, przekraczając momentami nawet 20 stopni Celsjusza. Nasza automatyczna stacja meteorologiczna na lodowcu też pokazała kilkanaście stopni. Wszystko tam musiało więc płynąć, a ilość wody w rzekach musiała być kosmiczna. I w tym 2020 r. lodowiec Sven stracił trzy razy więcej masy niż wynosi średnia dla ostatnich 10 lat. To był więc naprawdę rekordowy rok. Spodziewałem się, że takie topnienie będziemy obserwować może dopiero gdzieś w połowie wieku, może trochę później. A mamy już teraz.

Czyli jednak jesteś tym zaskoczonym naukowcem, to nie clickbait.

Nie był to clickbait. Ale mówiłem też o tym, że bycie na miejscu daje inną perspektywę. Same globalne liczby tego nie oddają, ale jak przełoży się je na lokalne anomalie, to wtedy naprawdę robi to wrażenie. I faktycznie byłem tym zszokowany. Przy czym pamiętajmy, że „upały” na Spitsbergenie to pogoda, odchylenie od normy. Jak w tym roku zima w Polsce, która była mroźna, ale za rok może być już cieplejsza. Niemniej to pokazało mi, że jesteśmy naprawdę na złej trajektorii, skoro nawet w obecnym klimacie mogą dziać się takie cuda.

I z tych wieloletnich doświadczeń wziął się pomysł na napisanie książki i jej tytuł: „Początek końca? Rozmowy o lodzie i zmianie klimatu”

Tak, choć tytuł pojawił się jeszcze przed naszą wyprawą w 2020 r. A ten znak zapytania pojawił się w nim celowo. Nie jest powiedziane, że przyszłość musi być malowana w najbardziej pesymistycznych barwach, że musimy realizować pesymistyczne scenariusze. Nawet jeśli udałoby nam się zahamować ocieplenie klimatu nie do poziomu zgodnego z celami Porozumienia Paryskiego, o 1,5-2 stopni, lecz do 2,5 stopnia, to będzie i tak 100 razy lepiej, niż jeśli nie zrobimy nic. Wciąż możemy uniknąć części negatywnych skutków, wielu złych rzeczy, a zamiast wielometrowego wzrostu poziomu morza mieć wzrost o metr. To też będzie coś. I myślę, że moglibyśmy spróbować tak na to spojrzeć. Ok, zawiedliśmy, daliśmy ciała, zdestabilizowaliśmy klimat, ale zróbmy co się da, żeby nie było tak źle, jak może. Lepiej działać późno niż wcale, więc działajmy!

Mam przy tym nadzieję, że uda nam się ocalić część lodowców górskich w Europie. Oczywiście te lodowce arktyczne i antarktyczne przetrwają poza XXI nawet w najgorszych scenariuszach. One są na tyle wielkie i grube, że potrzebują znacznie więcej czasu, żeby się wytopić. Jeśli nie ograniczymy ocieplenia klimatu, nasze wnuki i prawnuki wciąż będą mogły chodzić po lodzie, ale będą musiały wyprawiać się naprawdę daleko. Być może poza koło biegunowe albo na wysokość ponad 5 tys. metrów nad poziomem morza. Ale żal mi tego. Każdy lodowiec jest naprawdę piękny. Czy ty wiesz w ogóle, jak z bliska wygląda lodowiec?

Nie.

Więc musisz to zrobić, bo po prostu od razu się zakochasz, ja ci to gwarantuję!

Zdjęcie: Jakub Małecki w zagłębieniu lodowca, zmrok rośzświetla latarka - czołówka.

Rysunek 8. W lodowcach naprawdę można się zakochać… Archiwum własne JM.

To musisz mnie zabrać na kolejną wyprawę.

To jeszcze o tym porozmawiamy. Ale bardzo się cieszę, że dziennikarze czy artyści są tym tematem coraz bardziej zainteresowani. Że zaczynają widzieć w lodzie coś, co jest nie tylko zimne, szorstkie, obce, ale widzą w tym coś pięknego i coś, co nas chroni. Czuję, że w ten sposób i ja mogę się przydać czemuś większemu.

Zdjęcie: Książka „Początek końca? Rozmowy o lodzie i zmianie klimatu” na tle śniegu.

Rysunek 9. Okładka książki „Początek końca? Rozmowy o lodzie i zmianie klimatu” Julity Mańczak i dr. Jakuba Małeckiego.

Wspomniałeś o tym, co cię cieszy i szokuje. A jakie emocje towarzyszyły ci przy książce?

Największą robotę wykonała Julita Mańczak, współautorka książki. To publicystka, która jest redaktorką naczelną wspaniałego poznańskiego magazynu TUU. Znaczna część tej książki to jej pomysł, w tym jej niecodzienna forma jak na publikację glacjologiczną. To nie jest podręcznik, a zbiór wywiadów, rozmów. Przede wszystkim ze mną, ale także z Aleksandrą Kardaś, fizyczką atmosfery z Nauki o Klimacie, innymi glacjologami i himalaistą Piotrem Pustelnikiem. Rozmawiamy, żeby spojrzeć na lód, na wodę z wielu perspektyw. To Julita musiała wykonać najwięcej pracy. Moją rolą było zabranie jej i magazynu TUU na Spitsbergen i wyjaśnianie. Tam rozmawialiśmy, tam pokazywałem, jak to ocieplenie działa, jak manifestuje się na pierwszej linii frontu i co robi z lodem. Wydaje mi się, że dla moich gości było to naprawdę doświadczenie otwierające oczy, tak mi to zresztą potem opisywali. Zakochali się w Arktyce bez pamięci i chcą tam koniecznie wrócić, jak tylko skończy się pandemia. A wiesz, co dla mnie osobiście było najtrudniejsze?

...?

Rysunki. Zrobiłem tam kilka map i rysunków różnych procesów, o których opowiadałem. To było trudne, ale fajne. Zapomniałem już, jaką frajdę daje rysowanie.

Rysunki map Arktyki i Antarktyki wykonanych kredkami.

Rysunek 10. Szkice Arktyki i Antarktyki autorstwa Jakuba Małeckiego.

A kiedy w ogóle zainteresowałeś się glacjologią? Nie jest to najbardziej popularny zawód na świecie i nie każde dziecko w wieku 10 lat marzy o tym, żeby badać lód.

Masz mnie. Oczywiście to nie był mój pierwszy wybór. Była nim astronautyka, a potem astronomia. Ostatecznie, nie będąc do końca pewnym moich umiejętności matematycznych, poszedłem na studia na geografię. Tam się dowiedziałem, że Uniwersytet Adama Mickiewicza wysyła wyprawy każdego lata właśnie na Spitsbergen. Stwierdziłem, że muszę tam polecieć, bo to będzie trochę tak, jakbym wylądował na Marsie. Marzenie dziecięce pośrednio mogło tam się więc trochę spełnić. Pojechałem więc. I pierwsze, w czym się zakochałem, to lodowce. To był tak nieziemski element tego krajobrazu arktycznego... To coś, co tak bije po oczach, jest taką dominantą krajobrazową, czymś tak egzotycznym i przyciągającym, że nie sposób było mi skupić się na czymś innym, jak właśnie na lodowcach.

O czym rozmawiasz z lodowcami?

O zdrowiu. Kiedy pierwszy raz w sezonie przychodzę na dany lodowiec, który znam już z wcześniejszych wypraw, zawsze idę go pogłaskać i zapytać, jak się ma. Oczywiście nie odpowiada mi zbyt głośno, ale i tak czasami traktuję te lodowce jako żywe istoty. Kiedy spędza się z nimi dużo czasu, to zaczyna się widzieć różne zachowania, zaczyna się słyszeć różne dźwięki, które nie każdy słyszy, zaczyna się czuć ich obecność. Nie jestem do tego metafizycznie nastawiony, ale to ciekawe doświadczenie: zaprzyjaźnić się z lodem. Pytam więc lodowce, jak im minął rok, mówię, że cieszę się, że je widzę. Ale jak towarzysze wyprawy byli kawałek dalej ode mnie i mogłem porozmawiać sobie z lodowcem tak, żeby nikt mnie nie słyszał i żeby nie było obciachu, to zdarzało mi się ucinać sobie bardziej egzystencjonalne konwersacje. Ale o szczegółach być może nie będę już opowiadał, żeby inni nie plotkowali (uśmiech).

Rozmawiał Szymon Bujalski – dziennikarz dla klimatu

Dr Jakub Małecki - glacjolog na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Pracuje jako adiunkt na Wydziale Nauk Geograficznych i Geologicznych UAM Bada lodowce, ich „zdrowie” i procesy jakie w nich i na nich zachodzą na skutek zmian klimatycznych. Wraz z Julitą Mańczak napisał książkę „Początek końca? Rozmowy o lodzie i zmianie klimatu”. Autor popularno-naukowej strony „Glacjoblogia” (link na Facebooka i stronę www), która powstała, by zainteresować ludzi lodowcami i zwrócić uwagę na ich rolę w ziemskim systemie przyrodniczym.

 

Opublikowano: 2021-06-07 13:23
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza akceptację polityki cookies.