Rzeczpospolita: „My chcemy Klimatyczną bzdurę roku! My!!!”

Ciężko jest być ostatnimi czasy w Polsce denialistą globalnego ocieplenia. Dawne profesorskie autorytety odeszły na emeryturę lub wieczne odpoczywanie; coraz trudniej jest ignorować zalew doniesień naukowych o klimacie; i nawet odwoływanie się do węglowego patriotyzmu straciło na atrakcyjności w zderzeniu z realiami ekonomicznymi.

Ostatni zdradziecki atak na nasze bogactwa narodowe wyszedł z najmniej spodziewanego kierunku, i z treści niektórych komentarzy można wywnioskować że był on wyjątkowo bolesny. W obronie polskiego prawa do własnej interpretacji praw fizyki niezawodna “Rzeczpospolita” postanowiła więc wytoczyć najcięższe działa i opublikowała kolejny artykuł Agnieszki Kołakowskiej, znanej pogromczyni światowego lewactwa i marksizmu, tłumaczki i publicystki mieszkającej w Paryżu (nie wiem dlaczego miejsce zamieszkania pani Kołakowskiej jest takie ważne, ale z jakiegoś powodu fakt ten zawsze jest podkreślany w jej notkach biograficznych).

Zdjęcie: kaboompics.com

Nie będę się szczegółowo zajmował wszystkimi tezami publicystki “Rzeczpospolitej” – niestety, napisanie bzdury wymaga zdecydowanie mniej czasu i wysiłku, niż jej sprostowanie, a w tekście Kołakowskiej trudno jest znaleźć zdanie, które nie zawierałoby jakiejś manipulacji czy przekłamania. Poniżej odniosę się do kilku najważniejszych kwestii, z nadzieją, że to wystarczy do oceny jej wiarygodności i rzetelności.

Zacznijmy od najważniejszego według autorki “faktu”:

średnie temperatury na powierzchni Ziemi nie wzrosły od prawie 20 lat, mimo silnego wzrostu poziomu dwutlenku węgla w atmosferze. Fakt ten jest zaprzeczeniem przewidywań niemal wszystkich komputerowych modeli, według których mieliśmy w tym czasie doświadczać systematycznego wzrostu ciepła. Modele te zakładały też, że wzrost temperatur jest przyczynowo ściśle związany ze wzrostem dwutlenku węgla w atmosferze, co też zostało obalone.

Tak się śmiesznie złożyło, że w ostatnim numerze tygodnika Science opublikowana została analiza grupy amerykańskich klimatologów z NOAA, poświęcona tej właśnie kwestii (Karl i in., 2015). Jak zademonstrowali klimatolodzy, trend liniowy temperatur w okresie 1998-2014 wynosił 0,11°C na dekadę, czyli 0,17°C w ciągu 16 lat. Rozumiem że “prawie 20 lat” wygląda na papierze bardziej efektownie niż “16 lat (i 6 miesięcy)”, ale skoro już autorka zabiera się za krytykę wyników badań naukowych, mogłaby być w swojej krytyce trochę bardziej precyzyjna, tym bardziej, jeśli poucza klimatologów w temacie niespełnionych prognoz i zmanipulowanych danych. I choć zgodnie z najlepszymi tradycjami denializmu Kołakowska jako punkt startowy serii wybrała lokalne maksimum, czyli rok następujący po wyjątkowo ciepłym El Niño 1997/1998, ówczesny rekord globalnych temperatur został w ciągu tych 16 lat pobity 4-krotnie: w 2005, 2010, 2013 oraz 2014 roku, i prawie na pewno zostanie też pobity w tym roku (który może się okazać kolejnym najcieplejszym rokiem w historii obserwacji). Bez wzrostu temperatur zajście tych wydarzeń byłoby oczywiście bardzo mało prawdopodobne (jeśli Kołakowska ma tutaj odmienne zdanie, gorąco zachęcam ją do wysłania swojej polemiki do Science).

Jest prawdą, że obecny 16-letni trend temperatur jest niższy od tego, czego zwykle spodziewalibyśmy się przy wzrastającej koncentracji gazów cieplarnianych. Nie jest to natomiast, jak to sobie ubzdurała Kołakowska, zaprzeczeniem “przewidywań niemal wszystkich komputerowych modeli”, bo nie “zakładają” one, że “wzrost temperatur jest przyczynowo ściśle związany ze wzrostem dwutlenku węgla w atmosferze”. Modele systemu klimatycznego zachowują się tutaj podobnie jak planeta Ziemia, i oprócz długoterminowego trendu wzrostowego symulują również krótkookresowe wahania temperatur, wywołane przepływem ciepła pomiędzy atmosferą i oceanami.

Może to zilustrować poniższy obrazek, przedstawiający przebieg zmian średniej temperatury globalnej w jednym z komputerowych modeli klimatu (dokładniej, australijskim CSIRO-Mk3.6.0). Wykresy przedstawiają wiązkę dziesięciu symulacji, inicjalizowanych (w XIX wieku) nieznacznie różniącymi się wartościami początkowymi, dzięki czemu możemy oszacować wkład naturalnej, krótkoterminowej zmienności systemu klimatycznego w wartość trendów temperatur.

Rysunek 1. Kolor szary – 10 symulacji eksperymentu Hist + RCP 4.5. Kolorem niebieskim zaznaczono te przebiegi modelu (pomiędzy rokiem 1994 a 2085), w których trend temperatur globalnych był niższy niż 0,10°C na dekadę przez co najmniej 16 lat. Kolor pomarańczowy to 4 serie analizy historycznych zmian temperatury globalnej: NOAA NCEI, Cowtana i Waya, Berkeley Earth i NASA GISS.

Jak widać, tempo ocieplenia podobne albo nawet mniejsze od obecnie obserwowanego może pojawiać się w tym modelu nawet pod koniec XXI wieku, pomimo osiągnięcia temperatur średnio o 3 stopnie wyższych niż 200 lat wcześniej.

Nie są to fakty ukrywane przez klimatologów przed światem. Już 25 lat temu, w swoim pierwszym raporcie IPCC tak wyjaśniał rolę naturalnej zmienności w kształtowaniu trendów temperatur:

Z powodu długookresowych sprzężeń pomiędzy różnymi elementami systemu klimatycznego, na przykład pomiędzy oceanem a atmosferą, klimat Ziemi i tak ulegałby zmianom, nawet bez działania jakichkolwiek zewnętrznych zaburzeń. Ta naturalna zmienność może zwiększać bądź zmniejszać powodowane przez ludzkość ocieplenie; w skali stuleci będzie ona jednak mniejsza od zmian oczekiwanych w rezultacie wzrostu stężeń gazów cieplarnianych.

Rysunek 2. Zmiany entalpii wszechoceanu do głębokości 2 km w analizie NOAA

Niektórzy czytelnicy pamiętają być może, jak wiele wysiłku popularyzatorzy klimatologii wkładali w wyjaśnianie, dlaczego średnia globalna temperatura nie jest najlepszą miarą nierównowagi radiacyjnej, i że z podstawowych praw fizyki wynika iż znacznie lepszym wskaźnikiem jest zmiana entalpii wszechoceanu, najlepiej scałkowana na całej jego głębokości. W przypadku Kołakowskiej był to wysiłek zmarnowany, bo zrozumiała z tego jedynie, że:

w ogóle, oświadczyli niektórzy rzecznicy globalnego ocieplenia, temperatura na powierzchni Ziemi nie jest jego dobrym wskaźnikiem. Temperatura oceanów też nie, bo to zbyt skomplikowane. Zapewne okaże się niedługo, i zostanie to ogłoszone jako kolejny “naukowy konsensus”, że temperatura jest tu całkiem nieistotna i w ogóle nie ma nic wspólnego z globalnym ociepleniem, przepraszam, zmianą klimatu.

Niestety, niekompetencja publicystki “Rzeczpospolitej” nie ogranicza się tylko do statystyki. O gazach cieplarnianych pisze ona bowiem tak:

Brak korelacji między ociepleniem a dwutlenkiem węgla dziwi mnie, bo od początku związek ten był dla mnie niejasny i nadal nie wiem, w jakim stopniu poziom dwutlenku węgla w atmosferze wpływa na klimat, jaki jest mechanizm tego wpływania i jaką rolę w poziomie CO2 odgrywa ludzkie działanie.

Ha, daliście się nabrać. Choć Kołakowska pisze o własnej opinii i własnej niewiedzy, używa formy bezosobowej, by ukryć własną ignorancję za kolektywną niewiedzą bliżej niesprecyzowanego ogółu:

Brak korelacji między ociepleniem a dwutlenkiem węgla nie powinien dziwić: od początku związek ten był niejasny i nadal nie wiadomo, w jakim stopniu poziom dwutlenku węgla w atmosferze wpływa na klimat. Ani też jaki jest mechanizm tego wpływania. Ani jaką rolę w poziomie CO2 odgrywa ludzkie działanie.

Nie powinno być nic wstydliwego w tym, że autorka nie posiada wiedzy na temat specjalistycznych zagadnień fizyki atmosfery i transferu radiacyjnego, albo cykli geochemicznych i mechanizmów obiegu węgla w przyrodzie. Szkoda tylko, że zamiast się do tego przyznać, próbuje wmówić czytelnikowi, że jeśli ona, tłumaczka i eseistka z Paryża, czegoś nie wie, to znaczy, że nie wie tego nikt.

W rzeczywistości, rola ludzkiej działalności w obserwowanych zmianach koncentracji dwutlenku węgla znana jest od lat pięćdziesiątych, kiedy to Roger Revelle i Hans Suess z Instytutu Oceanografii Scrippsa zademonstrowali, że emitowany w wyniku spalania kopalin dwutlenek węgla nie jest w całości pochłaniany przez oceany, i może się akumulować w atmosferze (Revelle i Suess, 1957). Revelle i Suess odnosili się zresztą do jeszcze starszej hipotezy Callendara, który w 1938 roku zasugerował (Callendar, 1938), iż obserwowany już wówczas wzrost temperatury globalnej ma przyczyny antropogeniczne.

Nie jest też zagadką mechanizm wpływu dwutlenku węgla na klimat. Został on opisany ponad 100 lat temu (Arrhenius, 1897), po tym jak odkryto że niektóre składniki atmosfery – nazwane gazami cieplarnianymi – selektywnie pochłaniają promieniowanie podczerwone emitowane przez powierzchnię Ziemi. Dzięki dwudziestowiecznemu rozwojowi fizyki (jedną z głównych motywacji było tutaj opracowanie skutecznych metod zdalnej detekcji międzykontynentalnych pocisków balistycznych oraz naprowadzania systemów broni przeciwlotniczej, gdzie znajomość własności optycznych atmosfery i zachowanie przepływającego przez nią promieniowania ma znaczenie kluczowe) możliwe stało się precyzyjne obliczenie zmian w przepływie promieniowania, jakie powodowałaby jakaś zmiana składu atmosfery. Wiemy zatem, że podwojenie zawartości dwutlenku węgla w powietrzu skutkowałoby zmniejszeniem ilości uciekającego w kosmos promieniowania o średnio 3,7 W/m2. Konsekwencją byłoby zaistnienie nierównowagi radiacyjnej, w której planeta Ziemia wypromieniowywałaby w kosmos mniej energii, niż otrzymywałaby od Słońca. Gromadzenie coraz większej ilości energii prowadzi do ocieplenia atmosfery, oceanów, lądów, topnienia lądów i lądolodów, tak długo, aż system klimatyczny powróci do równowagi w nowym, cieplejszym stanie równowagowym.

Rysunek 3. Elementy systemu klimatycznego Ziemi. Ilustrację zamieszczamy dzięki uprzejmości NASA (źródło).

I choć wciąż niemożliwe jest obliczenie dokładnej reakcji każdego elementu systemu, nie wiadomo wszystkiego o klimacie, to wiemy o nim wystarczająco dużo, by móc przewidzieć zachowanie wielu podstawowych obserwowanych fenomenów w skali całego globu czy pojedynczych kontynentów na skutek wzrostu koncentracji dwutlenku węgla i innych gazów cieplarnianych. Zwiększenie temperatur powierzchni planety oraz dolnej warstwy atmosfery (troposfery) jest tego trywialnym przykładem; mniej oczywistym może być oziębienie górnych warstw atmosfery (stratosfery), czy zwiększenie średniej ilości opadów.

Ponownie powtarzam, że nie jest to wiedza tajemna – znaleźć ją można w każdym podręczniku do fizyki atmosfery, oceanografii czy klimatologii fizycznej – a rola dwutlenku węgla w systemie klimatycznym przestała być przedmiotem kontrowersji jakieś pół wieku temu. Równie dobrze Kołakowska mogłaby pisać, że “nadal nie wiadomo”, co powoduje gruźlicę, albo w jaki sposób niewidoczne gołym okiem drobnoustroje mogłyby powodować choroby.

Trudno zresztą nie odnieść wrażenia, że nawet jeśli publicystka “Rzeczpospolitej” jest świadoma istnienia jakichś badań, to akceptuje tylko te ich wyniki, które pasują jej do założonej z góry tezy, nawet jeśli kilka akapitów wyżej te same badania wyśmiewa i uznaje za niedorzeczne. Weźmy ten fragment jej artykułu:

A słynna “pauza” w ociepleniu trwająca już od 1998 r., a więc blisko 20 lat, jest przez zagorzałych rzeczników teorii o globalnym ociepleniu rozpaczliwie tłumaczona na kilkadziesiąt różnych sposobów. Doliczono się ich już 63, a należą do nich: słaba aktywność słońca, cykle słoneczne, chiński węgiel, oceany pochłaniające dwutlenek węgla, wolne wiatry, szybkie wiatry, ciepły Pacyfik, zimny Atlantyk (lub może odwrotnie), zbieg okoliczności. Pojawiają się również takie tezy, jak “w ogóle nie ma żadnej pauzy”, “modele nie brały pod uwagę wulkanów” oraz “bierzemy pod uwagę nie te dane co trzeba”.

po czym niżej Kołakowska sama przyznaje, że:

Słońce jakby ostygło. Przewidywany jest na najbliższy rok najsłabszy cykl plam słonecznych od 1906 roku, czyli od ponad wieku. Jest coraz więcej dowodów na bardzo istotną rolę, jaką odgrywa Słońce w zmianie klimatu (m.in. przez chmury). Korelacja z “pauzą” wydaje się istotna.

oraz

w tej chwili największą popularnością wydaje się cieszyć teoria, że ocieplenia nie ma, bo ciepło zostało pochłonięte przez oceany. Ale pochłonięcie ciepła przez oceany jest niczym innym jak elementem tej właśnie naturalnej zmienności, o której była mowa powyżej. I rzeczywiście, wszystkie lub prawie wszystkie czynniki wpływające na klimat – w tym Słońce, oceany, prądy morskie – podlegają naturalnej zmienności.

Chyba nie jest tak trudno zrozumieć, że kilka czynników może równocześnie wpływać na zmiany temperatur na Ziemi i modulować – przyspieszając albo zwalniając – trend spowodowany czynnikami antropogenicznymi. Zmniejszenie aktywności słonecznej nie spowodowało przecież, że oceany przestały pochłaniać ciepło, a naturalna zmienność nie wyklucza, jak wydaje się Kołakowskiej, zmiany antropogenicznej.

“Rozpaczliwe tłumaczenia” wymieniane przez Kołakowską nie są więc ze sobą sprzeczne, a niektóre z nich nawet nie są różne, bo np. “wolne wiatry, szybkie wiatry, ciepły Pacyfik, zimny Atlantyk (lub może odwrotnie)” to tak naprawdę jedna hipoteza rozwijana przez kilka grup badawczych (England i in., 2014McGregor i in., 2014, Kucharski i in., 2015). Każde z nich może odpowiadać za część zmniejszonego, w stosunku do oczekiwanego, trendu globalnych temperatur. Chyba nawet negacjoniści klimatyczni nie kwestionują tego, że Słońce jest obecnie mniej aktywne niż w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych (ba, niektórzy z nich konsekwentnie przewidywali jako konsekwencję nadejście epoki lodowej); zmiany grubości optycznej aerozolu wulkanicznego, temperatur oceanu na różnych głębokościach czy intensywności cyrkulacji atmosferycznej Walkera też możemy obserwować i oszacować, jak wpływają na temperaturę powierzchni planety.

Kołakowska zaprzecza nawet samej możliwości prowadzenia takich badań, gdyż

w modelach klimatycznych, których “ociepleniowcy” nadal bronią, o tej zmienności mowy nie ma. Mowa jest natomiast o powodowanym przez działalność człowieka (“antropogennym”) ociepleniu powodowanym przez dwutlenek węgla – hipoteza w oczywisty sposób sprzeczna z koncepcją naturalnej zmienności. Tak więc podejmowane przez “ociepleniowców” próby wytłumaczenia “pauzy” w ociepleniu są w sposób jaskrawy sprzeczne z modelami, których nadal bronią.
Wiemy też, że cykliczne ciepłe prądy w oceanach nie mają nic wspólnego z dwutlenkiem węgla ani z ludzkim zachowaniem. Warto też zauważyć, że komputerowe modele klimatyczne żadnych z tych rzeczy nie biorą pod uwagę.

Co jest, jak już widzieliśmy wyżej, kompletnym nonsensem. Najśmieszniejsze jest to, że większość badań, o których pisze Kołakowska, wykorzystuje eksperymenty numeryczne przy konstrukcji i weryfikacji hipotez, co byłoby oczywiście niemożliwe, gdyby modele klimatu nie potrafiły symulować naturalnej zmienności. Autorka wiedziałaby o tym, gdyby chciało się jej zajrzeć do któregoś z opisujących je artykułów, zamiast opierać się o informacje z drugiej czy trzeciej ręki (podstawowym źródłem Kołakowskiej zdaje się być ten blog).

Risercz ziemkiewiczowski doprowadził Kołakowską do kolejnego odkrycia:

jak wyszło niedawno na jaw – oficjalne dane na temat temperatury na powierzchni Ziemi zostały “poprawione”: w setkach przypadków dane zbierane przez tysiące stacji meteorologicznych na całym świecie “dostosowano” do przewidywań komputerowych tak, aby pokazywały dużo większe ocieplenie, niż faktycznie miało miejsce.
To kolejny skandal w tej pełnej już skandali dziedzinie. Dane z wcześniejszych lat ubiegłego wieku “poprawiono” w dół, z ostatnich lat zawyżono. Podobnego majstrowania na dużą skalę, zwanego popularnie “chłodzeniem przeszłości”, dokonano z danymi pochodzącymi z Arktyki. Analizujący je specjaliści twierdzą, że prawie wszystkie wyniki, od Grenlandii do Syberii, zostały w ten sposób “poprawione”.

“Analizujący je specjaliści”, to znaczy internetowi miłośnicy teorii spiskowych, którzy właśnie odkryli istnienie homogenizacji danych klimatycznych, powszechnie stosowanej i opisywanej w literaturze naukowej od dziesiątków lat (dobrym artykułem przeglądowym wprowadzającym w ten temat może być np. Trewin 2010).

Pisałem na ten temat wielokrotnie, więc tylko pokrótce przypomnę, że homogenizację stosujemy, by pomiary dokonywane różnymi metodami mogły być ze sobą porównywalne. Alternatywą byłoby przeprowadzenie tych pomiarów jeszcze raz, ale bez dopracowania technologii podróży w czasie nie jest to niestety możliwe.

Podsumowanie

Jak sami widzicie, to tylko kilka akapitów, a i tak pisanie tej polemiki zajęło mi dwa wieczory, które mogłem spędzić w bardziej produktywny sposób. Do niektórych tez Kołakowskiej może jeszcze powrócę, inne debunkowałem na moim blogu w przeszłości, a jak nie ja, to ktoś inny. Jakby komuś było mało, może zajrzeć do mojej polemiki z innym tekstem Kołakowskiej sprzed 4 lat.

Z pewną satysfakcją mogę jednak odnotować, że pięć lat po ogłoszonej przez tę samą autorkę doszczętnej kompromitacji mitu globalnego ocieplenia klimatologia ma się na tyle dobrze, że nawet przywódca Kościoła Katolickiego cytuje ustalenia nauki o klimacie w swojej encyklice…

Źródło: Doskonale Szare

Opublikowano: 2015-07-02 23:12
Tagi

globalne ocieplenie stanowisko nauki medialny temat

Fundacja UW
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza akceptację polityki cookies.