Komentarz: Co jest grane? Negacjoniści zmiany klimatu fanami geoinżynierii.

Od dziesięcioleci klimatolodzy ostrzegali, że niekontrolowana zmiana klimatu może doprowadzić do globalnej katastrofy i ponaglali polityków do ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. Ci jednak w większości nie palili się do działania, a w ekstremalnych przypadkach negowali zaś w ogóle realność antropogenicznej zmiany klimatu.

Wyjątkowo jaskrawym przykładem takiej postawy jest obecna administracja prezydenta USA Donalda Trumpa, która odrzuca konsensus naukowy w tym temacie i zadeklarowała wycofanie kraju z Porozumienia Paryskiego. Do tego podejmuje działania na rzecz zniesienia wprowadzonych wcześniej ograniczeń dla emisji CO2 z elektrowni, obcięcia funduszy na badania nad czystymi źródłami energii oraz wycofania standardów zużycia paliwa przez samochody.

Rysunek 1: Inspiracją dla pomysłu rozjaśniania chmur są ślady pozostawiane przez statki przepływające pod obszarami morskich chmur warstwowych. Dodatkowe jądra kondensacji emitowane przez kominy statków powodują, przy kondensacji tej samej masy wody, powstanie większej liczby drobniejszych kropel chmurowych, dzięki czemu chmury skuteczniej rozpraszają promieniowanie słoneczne. Zdjęcie zamieszczamy dzięki uprzejmości NASA's Earth Observatory.

Paradoksalnie, Trump i jego sprzymierzeńcy, choć negują antropogeniczną zmianę klimatu i torpedują wszelkie działania na rzecz redukcji emisji gazów cieplarnianych, to równocześnie zaczynają zachwalać geoinżynierię jako „lepszą alternatywę” dla ograniczania spalania paliw kopalnych, dających obecnie w USA ok. 80% całości energii.

Naukowcy przedstawili wiele propozycji projektów geoinżynieryjnych (patrz „Geoinżynieria, czyli jak naprawić klimat” - część 1, część 2). Największe zainteresowanie ze strony polityków wywołały plany rozpylania aerozoli w stratosferze i wybielanie chmur.

Entuzjazm dla geoinżynierii wśród negacjonistów

„Przyszłość geoinżynierii jest świetlana”, powiedział w listopadzie 2017 roku republikański kongresman Randy Weber, przewodniczący Podkomitetu ds. Energii w Komitecie ds. Nauki, Kosmosu i Technologii, znany z opowiadania o „globalnym ochłodzeniu” i określania opodatkowania emisji CO2 jako „herezji”. Nie przeszkadzało mu to jednak na posiedzeniu komitetu zachwalać, że „umieszczenie luster w kosmosie” czy „rozjaśnienie chmur (…) mogłyby pozwolić obniżyć temperaturę dolnej atmosfery”.

Kongresmen Lamar Smith, znany negacjonista klimatyczny, obficie finansowany przez przemysł paliw kopalnych, podczas spotkania wezwał do zintensyfikowania badań nad geoinżynierią, mówiąc, że „może to dać znaczące korzyści środowiskowe taniej niż wprowadzanie regulacji (emisji).”

Kongresmen Newt Gingrich, który przedstawiał zmianę klimatu jako „najnowsze uzasadnienie lewaków na kontrolowanie naszego życia”, równolegle chwalił geoinżynierię za jej „obietnicę zaadresowania problemu globalnego ocieplenia za drobne kilka miliardów dolarów rocznie”.

Prokurator David Schnare, przez wiele lat kierujący konserwatywnym think-tankiem zwalczającym działania na rzecz ochrony środowiska i znany z negowania zmiany klimatu, także promuje geoinżynierię, jako „środek pozwalający zapobiec najbardziej katastrofalnym następstwom ocieplenia klimatu”.

Paradoksalne podejście pozwalające z jednej strony negować powodowaną przez nasze emisje gazów cieplarnianych zmianę klimatu, a z drugiej zachwalać rozwiązania geoinżynieryjne pozwalające zapobiec katastrofie klimatycznej jest powszechne wśród konserwatywnych amerykańskich think-tanków. Postawę taką zajmują m.in. American Enterprise Institute, The Heartland Institute czy Hoover Institution. American Enterprise Institute posuwa się nawet do wychwalania geoinżynierii jako „rewolucyjnego podejścia do zmiany klimatu”.

Sceptycyzm środowiska naukowego

Środowisko naukowe jest jednak mocno sceptyczne względem propozycji geoinżynieryjnych.

„Pomysł na ‘naprawę’ klimatu przez odbijanie światła słonecznego jest kompletnie szalony”, napisał profesor fizyki z Oxfordu Raymond Pierrehumbert. Porównał tę strategię do „skoku z Pomnika Waszyngtona z nadzieją, że zanim gruchniemy w ziemię, ktoś wymyśli antygrawitację.”

Rysunek 2: Balon wykorzystywany w badaniach stratosfery. Podobne balony mogłyby być wykorzystane do rozpylania aerozolu w tej warstwie atmosfery. Zdjęcie zamieszczamy dzięki uprzejmości NASA.

Pierrehumbert i inni naukowcy ostrzegają, że wielkoskalowe rozpylanie dwutlenku siarki w stratosferze może doprowadzić do zniszczenia warstwy ozonowej, zaszkodzić licznym roślinom i zwierzętom oraz spowodować susze w wielu krajach, wywołując globalny konflikt. Nie rozwiąże też problemu zakwaszania wód oceanicznych. Co więcej, gdy już wejdzie się na drogę chłodzenia klimatu przez rozpylanie aerozolu siarczanowego, to trzeba będzie je konsekwentnie stosować i rozszerzać wraz ze wzrostem koncentracji gazów cieplarnianych w atmosferze – w sumie przez dziesiątki tysięcy lat. Gdyby zaś z jakichś względów za dziesiątki, setki czy tysiące lat zaprzestano tych działań, cały skumulowany wpływ gazów cieplarnianych gwałtownie by się ujawnił.

Skąd wśród polityków entuzjazm dla geoinżynierii?

Dlaczego osoby negujące zagrożenie antropogeniczną zmianą klimatu tak pozytywnie wypowiadają się o skompensowaniu jej za pomocą geoinżynierii?

Zajmujący się tematyką geoinżynierii prof. David Keith z Uniwersytetu Harvarda, autor książki „A case for Climate Engineering” jest zdania, że „poparcie dla geoinżynierii w kręgach politycznych jest znacznie silniejsze niż było zaledwie dwa lata temu”. Wzrost zainteresowania geoinżynierią, także wśród klimatycznych negacjonistów, wynika w dużym stopniu z pesymizmu odnośnie zdolności ludzkości i woli politycznej do zapobieżenia katastrofalnej zmianie klimatu.

Niechęć do ograniczania emisji gazów cieplarnianych, a stawianie zamiast tego na geoinżynierię, wynika także z powodów ideologicznych i wpływu grup interesów. Wdrażanie polityki redukcji ilości CO2 wypuszczanego do atmosfery ze spalania paliw kopalnych, niesie za sobą poważne implikacje, m.in.:

  • spadek zysków wpływowych grup interesów, w tym koncernów energetycznych i wydobywczych;
  • sprzeczność z obecnym modelem gospodarczym, polegającym na rosnącej konsumpcji zasilanej paliwami kopalnymi;
    niezgodność z daleko posuniętym indywidualizmem i konsumpcjonizmem, odrzucającymi konieczność myślenia i działania prospołecznego oraz dostosowania naszego postępowania do granic planetarnych.

Mit że geoinżynieria rozwiąże problem pozwala na myślenie, że nic nie trzeba zmieniać: można dalej spalać paliwa kopalne i opierać na nich wzrost gospodarczy, a dzięki technologii nie będziemy musieli dostosowywać swojego sposobu postępowania do Ziemi, lecz zawsze dostosujemy planetę do siebie. Wielkoskalowe działania geoinżynieryjne mogą stać się także kolejnym źródłem dochodu wielkich korporacji.

Rysunek 3: Węzeł komunikacyjny w Szczecinie, zdjęcie: Artur Bogacki, Dreamstime.com

Polscy zwolennicy geoinżynieri

Na naszym polskim podwórku nie ma grup interesów zainteresowanych rozpylaniem aerozoli siarczanowych w stratosferze, wystrzeliwaniem luster na orbitę czy wodowaniem statków rozpylających wodę morską w powietrzu w celu zasiewania chmur. Przychylne traktowanie rozwiązań geoinżynieryjnych znajdziemy jednak i w naszym kraju.

Politycy bagatelizujący antropogeniczną zmianę klimatu i jej następstwa, jako panaceum na zmianę klimatu zachwalają tzw. „leśne gospodarstwa węglowe”. LGW mają „wyciągać” CO2 z atmosfery, pomagając zredukować jego ilość w atmosferze i tym samym efekt cieplarniany. To metoda obarczona mniejszym ryzykiem klimatycznym, lecz niestety o zbyt małym potencjale – wdrożona zgodnie z propozycjami Ministerstwa Środowiska (jeszcze w czasach, gdy resortem tym kierował Jan Szyszko) pozwoliłaby w ciągu 10 lat zakumulować w polskich lasach dodatkowe 40 mln ton dwutlenku węgla. Biorąc pod uwagę, że rocznie emitujemy ponad 300 mln ton CO2 ze spalania paliw kopalnych okazuje się że 10-letni program sadzenia lasów skompensowałby około 1,5 miesiąca emisji z węgla, ropy i gazu.

W tym pomyśle odnajdujemy te same motywacje, co po drugiej stronie Atlantyku: uzasadnienie dla możliwości dalszego opierania systemu energetycznego na paliwach kopalnych (w naszym przypadku przede wszystkim węglu), działania lobby leśnego dostrzegającego okazję do realizacji swoich interesów oraz charakterystyczną dla (byłego) ministra interpretację „Czynienia sobie Ziemi poddaną”.

Dodatkowe ryzyko pójścia drogą geoinżynierii

Dodatkowe ryzyko związane z geoinżynierią, jak zauważa prof. David Keith, wynika z tego, co instytucje ubezpieczeniowe określają mianem pokusy nadużycia. Podmiot chroniony przed ryzykiem może zachowywać się inaczej, niż gdyby był w pełni eksponowany na ryzyko. Na przykład osoba ubezpieczona może zachowywać się bardziej ryzykownie w porównaniu z sytuacją, w której nie miałaby ona ubezpieczenia. Pokusa nadużycia narasta, ponieważ poszczególni ludzie jak i instytucje nie ponoszą konsekwencji swoich działań i w związku z tym mają tendencję do zachowań mniej ostrożnych, niż miałoby to miejsce w przypadku ponoszenia pełnych konsekwencji. Obietnica zniwelowania wpływu wzrostu stężenia gazów cieplarnianych na klimat może spowodować, że politycy przyjmą ją i przedstawią społeczeństwu jako „opcję domyślną”, pozwalającą na niepodejmowanie działań na rzecz zredukowania emisji.

Jak powiedział Keith, najbardziej obawia się tego momentu, gdy Donald Trump zatweetuje:

Geoinżynieria załatwia wszystko! Nie musimy zawracać sobie głowy ograniczaniem emisji!

Marcin Popkiewicz

Opublikowano: 2018-05-28 11:15
Tagi

inżynieria klimatyczna negacjonizm

Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza akceptację polityki cookies.