Porusza nas tornado w Czechach, a nie martwią betonowe osiedla na terenach zalewowych - wywiad

Martwimy się żółtym niebem, bo robi na nas wrażenie i kojarzy się z końcem świata. A wieści o innych zdarzeniach, o wiele bardziej niepokojących, ale niedotykających nas bezpośrednio, w ogóle do nas nie docierają. A to one są częścią większej układanki - mówi prof. dr hab. Szymon Malinowski, fizyk atmosfery, dyrektor Instytutu Geofizyki Uniwersytetu Warszawskiego w wywiadzie, który przedrukowujemy dzięki uprzejmości Gazeta.pl (ilustracje dodane przez naszą redakcję).

Zdjęcie: prof. Szymon Malinowski, portret na tle satelitarnego zdjęcia cyklonu

Rysunek 1: Prof. Szymon Malinowski, zdjęcie: pyzz.

Ewa Jankowska, Gazeta.pl: Tornado w Czechach i jego siła mnie przeraziły. Pierwsza moja myśl: przecież to tuż obok nas.

Prof. Szymon Malinowski: Mieliśmy dużo szczęścia, że nie wydarzyło się to w Polsce, ale też że dotknęło wyłącznie kilku mniejszych miejscowości, a nie dużego miasta. Skala zniszczeń nie jest więc tak dramatyczna. Należy się jednak spodziewać, że takich i podobnych ekstremalnych zdarzeń pogodowych będzie w naszym regionie coraz więcej, a ich konsekwencje będą dużo większe, niż nam się wydaje.

W ciągu ostatnich dwóch tygodni doszło do kumulacji różnych zdarzeń pogodowych: mowa o silnych wiatrach, ulewach, burzach, pojawieniu się na niebie rzadkich chmur wyglądem przypominających wymiona, tzw. mammatusów, intensywnie żółtego nieba w Warszawie przed burzą. W Polsce pod koniec czerwca spadł największy grad w historii obserwacji. Średnica gradziny miała aż 13,5 cm.

Te zdarzenia robią dużo większe wrażenie niż kiedyś, bo każdy może je powiązać z bliskim otoczeniem. Jeszcze kilka lat temu tornada oglądaliśmy tylko na kanale Discovery albo na stronie Łowców Burz. Dziś każdy ma kamerę w smartfonie, może to, co dzieje się obok, nakręcić i od razu wrzucić do Internetu. Jednak większość tego typu zdarzeń traktuje się jako chwilową sensację. Ludzie ekscytują się mammatusami, które są naturalnym zjawiskiem pogodowym, bo oto jest lato, więcej przebywamy na zewnątrz, spoglądamy częściej w niebo niż w telewizor, zauważamy coś innego niż na ekranie i robimy zdjęcia. Mammatusy czy asperatusy rzeczywiście występują rzadko, ale nie są jakąś anomalią pogodową – w tym roku zaobserwowałem je już trzykrotnie.

A żółte niebo? 

A kojarzy pani obrazy Williama Turnera? Tam też jest dużo żółtego nieba. Żadna nowość! To znane i dobrze opisane zjawisko atmosferyczne wywołane przez rozpraszanie promieni słonecznych, które przechodzą przez grubą warstwę atmosfery zawierającą zawieszone cząstki czy kryształki. Jeżeli słońce zachodziło daleko na północnym zachodzie, a chmury burzowe dochodziły do Warszawy z południa, to były oświetlone żółtym światłem. Cała filozofia!

 

Zdjęcie: Na niebie chmury wyglądające jak dziesiątki wystających z nieba bąbli, w dole budynki.

Rysunek 2: Chmury mammatus nad Ursynowem w czerwcu 2021 r. Zdjęcie M. Popkiewicz

Martwimy się żółtym niebem, bo robi na nas wrażenie i kojarzy się z końcem świata. Z kolei wieści o innych zdarzeniach, o wiele bardziej niepokojących, ale niedotykających nas bezpośrednio, w ogóle do nas nie docierają, przekazywane są wybiórczo lub nikogo nie interesują. A to one są częścią większej układanki.

Na przykład jakie zdarzenia ma pan na myśli?

Na przykład to, że pod koniec czerwca odnotowano w Kanadzie 49 stopni Celsjusza – najwyższą temperaturę powietrza w historii tego kraju. Wydawałoby się, że Kolumbia Brytyjska to żadna pustynia, a tu nagle taka sytuacja! Rekordowe temperatury odnotowuje się także na Bliskim Wschodzie – powyżej 50 stopni.

I jeszcze to, że w ostatnim czasie przeszło wiele niszczycielskich trąb powietrznych przez Chiny, a tornada nie są tam tak częstym zjawiskiem jak w USA. To, że fale upałów dotykają Syberię, co powoduje topnienie wiecznej zmarzliny. To, że lodowce Thwaites i Pine Island na Antarktydzie kiedyś spływały do morza w tempie kilkuset metrów rocznie, teraz to około 4 km. Zsuwanie się z lądu do wody tak wielkich mas lodu spowoduje, że do końca wieku poziom morza podniesie się o ponad metr.

Polska niestety na to w żaden sposób nie reaguje. Nie uwzględnia prognoz wzrostu poziomu morza, budując gazoport, przekopując Mierzeję Wiślaną czy planując umocnienia brzegowe. A całkiem niedaleko, w Danii, w Kopenhadze, system odwadniania miejskiego projektuje się już z założeniem, że poziom morza będzie wyższy o ponad jeden metr. Nawet jeżeli dany kraj nie jest w stanie powstrzymać się od emisji gazów cieplarnianych, a Dania, choć ma dobry PR, to tych gazów emituje bardzo dużo, to przynajmniej myśli się tam o tym, jak przeciwdziałać skutkom zmian klimatu, które mogą być katastrofalne, co doskonale widać na ostatnim przykładzie Czech.

Czy rzeczywiście wszystkie te zdarzenia należy ze sobą łączyć? Pojawienie się trąby powietrznej niekoniecznie musi od razu oznaczać, że to efekt zmiany klimatu. W Polsce każdego roku mamy kilka tornad.

Oczywiście, że pojedynczego tornada nie można łączyć ze zmianami klimatu, nawet serii tornad, które wystąpią w danym miejscu. Fakty są jednak takie, że tego typu zdarzeń jest więcej i przesuwają się coraz bardziej na północ globu – występują częściej tam, gdzie kiedyś praktycznie ich nie było albo pojawiały się stosunkowo rzadko. Może się na przykład okazać, że skutkiem zmiany klimatu będzie to, że tornad będzie mniej tam, gdzie dziś występują one często, a więcej tam, gdzie zdarzały się sporadycznie.

Oprócz tego, że występują częściej, są również silniejsze?

Z tornadami jest taki problem, że ich siłę można określić wyłącznie po skutkach, jakie wywołują, po skali zniszczeń. Dziś, w związku z rozbudowywaniem się miast, infrastruktury, jest więcej miejsc, w których te skutki są bardziej odczuwalne, więc siłę tornada można łatwiej "zmierzyć", czyli określić na podstawie szkód.

djęcie: wał szkwałowy w Mińsku Mazowieckim, krajobraz miejski z niskimi domami, na niebie ciemna, masywna, tworząca wał chmura.

Rysunek 3: Wał szkwałowy w Mińsku Mazowieckim, 24.06.2021. Zdjęcie: Przemysław Kunicki.

Ale częstsze tornada i ich konsekwencje to wierzchołek góry problemów, z którymi się borykamy i borykać będziemy. Martwimy się kilkoma ulewami czy nawałnicami, które w Polsce zawsze były i w ich efekcie zawsze dochodziło do podtopień – zazwyczaj w tych samych miejscach – a jednocześnie nie martwimy się, że zimą nie ma śniegu. Przeciwnie, to nas cieszy.

Bo nie trzeba odśnieżać podjazdu i można pojechać do pracy samochodem.

A brak zalegającego śniegu przekłada się na postępującą suszę.

Kolejnym, stosunkowo nowym zjawiskiem w Polsce są burze pyłowe wiosną, które też są skutkiem zbyt łagodnych zim. Gleba jest przesuszona, miedze zniszczone, drzewa wycięte, więc gdy nadciąga silniejszy wiatr, to ją zwiewa ze świeżo zaoranych pól. Wszyscy ekscytują się spektakularnym widokiem, ale mało kto zdaje sobie sprawę, że w ten sposób spada produktywność gleby, co ma wpływ na ilość plonów.

Konsekwencje suszy i utraty żyzności gleby będą takie, że za 50 lat będziemy mieli niedobór wody pitnej, a wszystkie pieniądze z wypłaty będziemy wydawać na żywność, bo będzie tak droga. Na paliwo i samochód już nie będzie nas stać.

Akurat zima w tym roku była dość sroga i długa.

Może była sroga w porównaniu z zimami z ostatnich kilku lat, ale w porównaniu z tymi sprzed 40 lat to był pikuś. Temperatury wciąż były stosunkowo wysokie, nie było silnych mrozów. Widzimy, że śnieg jest, więc myślimy: gdzie te zmiany klimatu? Zamiast spojrzeć na zjawisko w szerszym kontekście. Tak jak z drzewami – widzimy, że są, ale nie zauważamy, kiedy znikają. A przyrody na planecie jest coraz mniej.

Narracja często jest też taka, że drzewa raczej przeszkadzają, bo jak przyjdzie nawałnica, to takie drzewo może porysować nam samochód. Co więc najlepiej zrobić? Wyciąć je. To nieważne, że jak przyjdzie upał, a drzewa już nie będzie, to nie da nam cienia i nie obniży temperatury powierzchni, schładzając równocześnie powietrze przez ewapotranspirację, czyli proces parowania terenowego.

 Zdjęcie: ulica Grójecka w Warszawie, rozdzielone pasy ruchu, po obu stronach pasy zieleni z drzewami.

Rysunek 4: Drzewa w mieście pomagają w chłodzeniu ulic. Zdjęcie: A. Kardaś

Robi na nas wrażenie tornado w Czechach – i słusznie, bo doszło do zniszczeń, zginęli ludzie – ale jednocześnie nie martwi nas to, że powstają nowe betonowe osiedla, w dodatku na terenach zalewowych. Co więcej, kupujemy tam mieszkania, bo ważne, że lokal ma okna na właściwą stronę świata i jest winda. Nie zwracamy uwagi na inne kluczowe kwestie, a potem się dziwimy, że zalewa nam garaż i że latem nie da się wytrzymać bez klimatyzacji. A wystarczyłoby sprawdzić na mapie terenów zalewowych, gdzie mieści się dane osiedle, zorientować się, ile zostanie na nim dużych drzew, i jeszcze raz zastanowić się, czy warto się tam przenosić.

Pan zwraca na to uwagę?

Oczywiście. Gdy wybierałem, lata temu, mieszkanie, to sprawdziłem jego lokalizację. To solidny blok z wielkiej płyty, więc w razie tornada szkody nie powinny być za duże, nie stoi w obniżeniu terenu, wokół jest mnóstwo drzew, daje się wietrzyć, nie ma nadmiaru słońca, ale też go nie brakuje.

I wróćmy do ulew – one były, są i będą. Zmienia się ich charakter – występują rzadziej, ale są zdecydowanie bardziej intensywne, więc i ich skutki będą bardziej dotkliwe. I o tym należałoby myśleć, na przykład planując budowę nowych osiedli.

Za rejestrowaniem różnego rodzaju zjawisk pogodowych powinna iść jakaś refleksja.

Ale ludziom trudno czasem te wszystkie nitki ze sobą połączyć.

To tak jak ze szczepieniami: nie wszystko musimy rozumieć, ale pomaga nam autorytet nauki. Z klimatem zasada jest prosta: każde działanie, które nie ogranicza emisji gazów cieplarnianych do atmosfery i zmniejsza bioróżnorodność, jest dla nas bardzo złe, każde, które ograniczenie emisji wprowadza i zwiększa bioróżnorodność, jest dobre. Przecinamy las nową drogą, co sprawia, że zwierzęta nie mogą tamtędy przejść, a woda przepływać swobodnie – będzie kłopot. Budowa wielkiego lotniska i całego systemu komunikacyjnego, którego głównym zadaniem jest je obsłużyć, a nie poprawić komunikację między miastami, to chory pomysł.

Cywilizacja musi się rozwijać.

Cywilizacji w ogóle nie będzie, jak tak dalej będziemy postępować.

Staliśmy się strasznie wygodniccy, pogoda ma być stabilna i przewidywalna. Paliwo ma być tanie i dostępne, podobnie jak żywność i woda. Jakakolwiek zmiana pogody nie tylko nas dziwi, ale i denerwuje, bo psuje nasze plany. Kiedyś ludzie bardziej brali pod uwagę jej zmienność, dostosowywali się do niej, w tej chwili to pogoda ma się dostosować do człowieka.

Za chwilę mamy urlop i wtedy ma być ładnie.

To tak nie działa! Zwłaszcza w dobie zmian klimatu, kiedy zwiększa się zakres zmienności zjawisk atmosferycznych i ich natężenie. Będzie raczej trudniej niż łatwiej. A to nie idzie w parze z naszą potrzebą kontroli, przyzwyczajeniem do tego, że wszystko jest takie poukładane, przewidywalne i na czas. Nie jest. I jak kontenerowiec utknie w Kanale Sueskim, nagle jest katastrofa logistyczna na skalę kontynentu, bo to zaburza cały łańcuch dostaw.

Chcemy wierzyć, że świat jest stabilny, że jak zejdziemy rano do sklepu, to zawsze będą tam masło i bułeczki. Że jak skończymy pracę o 16, to nie będzie padać. Jak pada i jest burza, to jesteśmy źli.

Jesteśmy też źli, jak nie ma burzy i nie pada, a co chwila dostajemy powiadomienie, że za moment będzie Armagedon.

Zbyt częste i niedokładne komunikaty wprowadzają w błąd i usypiają czujność. Najlepiej sprawdzać pogodę na najbliższe chwile na radarze opadowym w Internecie. Ja tak robię i wiem doskonale, czy powinienem wyjść z pracy 15 minut wcześniej, żeby zdążyć wrócić do domu przed ulewą, czy zostać dłużej.

Musimy oswoić się z tym, że ekstremalnych zjawisk związanych z ociepleniem klimatu będzie więcej. Część ubezpieczycieli już to wie i nie oferuje ubezpieczenia od klęsk żywiołowych. Wysokość składki byłaby tak duża, że nikt nie byłby zainteresowany wykupieniem takiego ubezpieczenia.

A w związku z tym, że spektrum i intensywność zjawisk związanych z ociepleniem klimatu się zwiększa, zmniejsza się liczba zjawisk związanych z klimatem chłodniejszym.

To dobrze?

Niekoniecznie. Oznacza to, że będziemy na nie coraz gorzej przygotowani, bo nie można być gotowym na wszystko. Utrzymywanie infrastruktury, z której korzysta się rzadko, kosztuje. Może się więc okazać, że opad śniegu, który kiedyś uznalibyśmy za średni i z którym sobie sprawnie radziliśmy, za jakiś czas będzie traktowany jak opad duży, z którym będziemy mieć niemały problem.

Czy świadomość tych wszystkich zjawisk związanych z klimatem jakoś wpływa na pana zachowanie?

Oczywiście.

Na przykład?

Na co dzień przemieszczam się przede wszystkim na rowerze i komunikacją zbiorową.

Bo samochód emituje dwutlenek węgla?

Tak. Każdy spalony litr paliwa to niemal 2,5 kg jego emisji CO2. Mam i rower rekreacyjny, i rower elektryczny, więc jak jadę do pracy, to zazwyczaj korzystam z tego drugiego, żeby się trochę wspomóc i za bardzo nie spocić.

Zdjęcie: ulica w Warszawie, liczne samochody i autobus przegubowy.

Rysunek 5: “Każdy spalony litr paliwa to niemal 2,5 kg emisji CO2.” Zdjęcie: A. Kardaś

Auto też mam, ale lekkie, z niedużym, oszczędnym silnikiem, korzystam z niego stosunkowo rzadko. Jak gdzieś wyjeżdżam, to zazwyczaj nie jadę autem sam, ale w kilka osób. Staram się jak najwięcej podróżować pociągami, w delegacje do Niemiec jeżdżę koleją – wszyscy pukają się w głowę, że dlaczego nie samolotem albo autem. Ograniczam spożywanie mięsa, wołowiny już w ogóle nie jem, czasem drób i wieprzowinę. Staram się jeść mniej serów, ale jest to dla mnie bardzo trudne.

I rzeczywiście są to świadome wybory, z myślą o przyszłości planety?

Oczywiście. Wiadomo, że ja jeden nic nie zmienię, ale swoim postępowaniem mogę inspirować innych.

I to działa?

Przede wszystkim jest mi z tym lepiej. A czy inni to zauważają i wcielają w życie? Myślę, że część osób nieco się dziwi, jak profesor podjeżdża pod Ministerstwo Klimatu na rowerze, a tam stoją cztery limuzyny.

prof. dr hab. Szymon Malinowski. Fizyk atmosfery, specjalista z zakresu fizyki chmur i opadów oraz modelowania numerycznego procesów atmosferycznych. W latach 2002–2012 pełnił funkcję kierownika Zakładu Fizyki Atmosfery. Obecnie jest dyrektorem Instytutu Geofizyki na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego. Jeden z założycieli portalu naukaoklimacie.pl.

Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. W mediach od 2011 roku. Wcześniej pracowała w Wirtualnej Polsce, w serwisie miejskim Gazeta.pl. W redakcji magazynu Weekend od 2019 roku. Współautorka zbioru reportaży "Przewiew". Jedna z laureatek konkursu "Uzależnienia XXI wieku" organizowanego przez Fundację Inspiratornia. Jeśli chcesz się podzielić ze mną swoją historią, napisz do mnie: ewa.jankowska@agora.pl.

Tekst ukazał się pierwotnie w Weekend.Gazeta.pl

Opublikowano: 2021-07-08 12:54
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza akceptację polityki cookies.